Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2011

bułki ogrodowe

Czyli bardzo ziołowe - faza pożytkowania ziołowych dóbr z ogrodu rodziców trwa! Pisałam już nie raz, że nie jestem królową wypieków, i - chociaż dzisiejszym bułkom wciąż trochę daleko było do ideału, uznaję swój postęp w dziedzinie drożdżowych wyrobów. 

W sumie mój jedyny błąd wyniknął z lenistwa. Skończyła się pszenne mąka potrzebna do zrobienia według znalezionego gdzieś przepisu, więc zrobiłam z mieszanki mąki pszennej, pszennej razowej i żytniej. Oczywistym efektem było dość ciężkie ciasto i konieczność dodania wiekszej ilości drożdży, które by udźwignęły tę masę. 

Tak więc moje bułki były odległe od pierwotnego zamysłu, lecz, mimo tego, bardzo smaczne. Najlepsze oczywiście na ciepło, ale zostały zjedzone co do jednej, co samo w sobie jest dowodem na znośny smak.





Do rzeczy.

Składniki (na ok. 16 bułeczek)

* 1 szklanka ciepłej wody
* 3 szklanki mąki pszennej, lub mieszanej
* 1 łyżeczka soli
* 1 3/4 łyżeczki suchych drożdży ( a w przypadku mąk mieszanych cała jedna paczuszka, czyli ok 2 łyżeczki)
* 1 łyżka cukru
* 2 łyżki oleju lub margaryny wegańskiej

(uwaga: w przypadku mąk mieszanych potrzeba nieco więcej płynów, ja podparłam się letnim mlekiem sojowym)

Zioła do obtoczenia bułeczek: kilka łyżek oliwy, 1 starty ząbek czosnku i dowolne zioła suszone lub świeże (ja użyłam oregano, tymianku, pietruszki, bazylii)


I do roboty.
Drożdże, rozmieszane w misce z wodą muszą odczekać ok. 15 minut lub nieco dłużej, aż zaczną pracować. Niby to drożdże instant, ale tak działają lepiej, z mojego skromnego doświadczenia. Po tym czasie można dodać wszystkie pozostałe składniki i zacząć wyrabiać ciasto. Ciasto jest wyrobione, kiedy samo odkleja się od ścianek miski a przy tym jest miękkie i gładkie. Ja początkowo wyrabiam ciasto drewnianą łyżką, potem ręką.

Wyrobione ciasto przekłada się do lekko natłuszczonej miski i zostawia do wyrośnięcia w ciepłym miejscu na około 45-60 minut. Wiadomo, że wyrosło wystarczająco, kiedy mniej więcej podwoi swoją wcześniejszą objętość (jeśli robisz ciasto z mąk mieszanych, efekt jest oczywiście nieco mniej piorunujący). 

Czas oczekiwania na ciasto można wykorzystać na zrobienie ziołowej mieszanki. Wszystkie zioła, posiekane, lub roztarte w dłoniach miesza się z czosnkiem i lekko podgrzaną oliwą. Zanim ciasto wyrośnie, będziemy mieć wyśmienitą aromatyczną ziołową otoczkę do bułek.

Jeśli ciasto wyrosło, czas przystąpić do kulania bułek. Tnę ciasto na pół, potem jeszcze raz... i znowu... i znowu... aż uzyskam 16 nie dużych kawałków (powinny być jak piłka do ping-ponga po ukulaniu, więc jeśli są większe, trzeba dzielić dalej). Każdy kawałek kulam w dłoniach lekko posmarowanych ziołową oliwą, po czym umieszczam we wspólnej formie, w niedużych odstępach (kiedy urosną, połączą się oczywiście, ale dzięki obtoczeniu w ziołowej oliwie, będą bez trudu się od siebie oddzielać). Kiedy już wszystkie znajdą się w foremce, lądują ponownie w ciepłym miejscu pod ściereczką do wyrośnięcia. Znowu na godzinę... męczarnie. 

Już tylko pieczenie. 20-30 minut w temp. 190 stopni.  

Oczekiwanie wynagrodzone. Delicje!

środa, 13 kwietnia 2011

Gorące serce i topniejące lody, czyli fanaberia mniam-mnaim!


Kruszonka z jabłkami, tym razem w odsłonie super uroczej. Ceramiczne serduszka do zapiekania zapewniła oczywiście moja owszystkimyśląca mama - ach, gdybym miała polegać tylko na sobie, dziesiątej części gadżetów by nie było. No, śmichy, chichy, ale, dzięki temu,  co mam to mam. Pierwszy raz robiłam kruszonkę z nieutwardzonego tłuszczu - w tym przypadku z oleju. Nie,  oczywiście nie  miała klasycznego, uwodzicielskiego zapachu masła, ale to drobiazg. Udała się i tak całkiem nieźle - i mówię to zupełnie bez przesady. Podobno na Alsanie wychodzi bardzo dobra - sprawdzę, to dam znać. A póki co - i oko i podniebienie cieszy moja dzisiejsza superłatwa i szybka szarlotka.


Dla dwóch zwolenników fanaberii:

OWOCE:

- 1 jabco kruchej odmiany (lobo może być!)
- kilka porzeczek/malin/jagód
- pół łyżeczki cynamonu, 
- 3-4 łyżki cukru

Jabłko pokroić w większą kostkę i uprażyć w rondelku z cukrem, cynamonem i kilkoma łyżkami wody. 


KRUSZONKA:

- 5 łyżek mąki pszennej
- 5 łyżek cukru
- olej

- dodatkowo: kruszone migdały lub inne orzechy

Wymieszać dokładnie suche składniki. Olej dodawać powoli, w małych ilościach, aż do uzyskania zbitej, ale łatwo dającej się rozkruszać masy.

Część kruszonki umieścić na spodzie foremek. Po ułożeniu warstwy jabłek i innych owoców (ew. orzechów), przykrywa się całość drugą porcją kruszonki i umieszcza w piekarniku nagrzanym do temperatury 200 stopni na ok. 20 minut. Jak zwykle, uczulam na specyfikę Waszych piekarników - ten czas u mnie był wystarczający. Chodzi o moment, kiedy spomiędzy kawałków kruszonki zaczynają górą ukazywać się krople czerwonego soku z owoców, a całość przybiera ładny, złotawy kolor.

Po wyjęciu z piekarnika i przestudzeniu, dobrze podać z sorbetem malinowym.

Ten deser jest wystarczająco słodki, dość kwaśny, ciepły i zimny... po prostu ma wszystko pod sobą.

czwartek, 24 marca 2011

Nie mam chleba, to będę jeść ciastka!

Brak chleba i pomysł na ciastka owsiane były wymówką, potrzebną, żeby nie zabrać się dziś rano za mycie okien. Pogoda coraz ładniejsza, słońce świeci i coraz  lepiej widać pozimową szarość szyb. Ale wieje też silny wiatr, który bezczelnie zrzucił suszące się ubrania z suszarki na posadzkę balkonu. To nie nastraja najmilej do machania mokrą ścierką przy otwartym oknie (dodam tylko, że okno, przez które mam widok na  koronę drzewa, kiedy siedzę przy biurku, na wymiary ok. 2 x 2,5 m, co jednocześnie sprawia, że trudno zignorować brud i czyni jego mycie dość poważnym przedsięwzięciem). Zwłaszcza, że czeka mnie jeszcze dziś dużo pracy przy poniedziałkowych zajęciach. Okno poczeka. 

Wszystko, czego potrzeba to ok. 15 minut wolnego czasu, nagrzany piekarnik i składniki:

2 szklanki muesli (może być z rodzynkami)
1 duże jabłko
1 łyżka syropu cukrowego/sztucznego miodu
1 łyżeczka sody/proszku do pieczenia

To jest mała porcja - na kilkanaście ciastek, albo kilka - zależy od wielkości

Płatki trzeba zmielić w malakserze na drobno i dokładnie wymieszać z proszkiem/sodą. Jeśli rodzynki się nie zmielą (a raczej będą stawiać opór), trzeba je posiekać nożem, żeby potem nie utrudniały  formowania ciastek (rodzynkowy ruch oporu...). Jabłko i syrop cukrowy zmielić blenderem na mus, po czym wymieszać wszystko dokładnie w misce. 

Ciastka formuje się techniką "kulka - spłaszczyć" i piecze się w temp 200 st. przez ok 20 minut. W połowie można włączyć termoobieg, żeby się przesuszyły. Trzeba czasami zerknąć, czy się nie jarają i wyczuć sprawę - w zależności od piekarnika. Dla eksperymentu upiekłam część ciastek w tarteletkach - wyszły bardzo ładne i mają zagłębienia pozwalające pokryć je konfiturą (zagłębienia nie są widoczne na zdjęciach, które pokazują tylko "gładką" stronę ciastek).

Konfitura bardzo dobrze robi tym ciastkom, bo w składzie nie ma praktycznie cukru. Użyłam pysznej konfitury z pomarańczy i żurawiny, którą zrobiła moja siostra. Bardzo słodka, w sam raz jako dodatek do mało słodkich ciastek. Tyle w niej cukru, że jest bardzo-figo-fago-pobudzająca! Oczywiście może to być jakakolwiek inna słodka, gęsta rzecz, którą lubicie. Już wcześniej zapowiedziałam pojawienie się przepisu. Obiecuję go jak najszybciej dostarczyć. A wręcz JUŻ dzwonie do Magdy... albo za chwilę, tylko zjem jeszcze jedno małe ciasteczko...







wtorek, 1 marca 2011

Szczęśliwego Nowego Roku!


A dokładniej, szczęśliwego nowego roku życia. Jakoś tydzień temu wypadły moje kolejne urodziny. W niedzielę u Basi była kolacja. Wspólna, bo jeszcze Madzia obchodziła urodziny przed paroma dniami. Madzia wegetarianką jest. Tak jak i Ola, Alan i Borut, prawie jak Aga. Radość moja była OGROMNA, bo wszystko na stole było wegowe!!! Cudowna zupa dyniowa, z krzesinieckiej dyni, ciecierzyca z suszonymi pomidorami w oliwie, warzywne ciasteczka, buraczkowe kotleciki, bliny gryczane... sałatka owocowo-orzechowa... Trudno uwierzyć, jak dobre i piękne było to wszystko!! A jeszcze czekoladowy tort, tarta czekoladowa z wiśniami i CIASTECZKA CZEKOLADOWE (wszystko czekoladowo-czekoladowe, czyli tak, jak lubimy najbardziej), które były tak absolutnie pyszne, że nie mogę o nich milczeć. Szerz się dobra nowino!

Ciasteczka zrobiła Basia, której zawdzięczamy również całą wspaniałą organizację. Nie wątpię, że Ridż też  przyłożył rękę (gdyż nie miga się od tego, jak widać na zdjęciu u dołu posta). Przepis pochodzi z resztą z internetu i wcale się nie zdziwię, jeśli z któregoś z zaprzyjaźnionych blogów. Jeśli tak - stukrotne dzięki! Te ciastka to absolutne cudo cudów. Perfekcyjna fuzja słodyczy i goryczy (konfitura i kakao), konsystencja miękka wewnątrz, chrupiąca na brzegach. No, słów nie mam kochani, dawno czegoś tak akuratnego nie jadłam. Żadnego zbędnego smaku. 


Składniki:
  • ½ szklanki dżemu malinowego
  • 1 szklanka cukru
  • ⅓ szklanki oleju
  • 1 łyżeczka aromatu  waniliowego i migdałowego
  • ½ szklanki i 2 łyżki kakao
  • 1 ½ szklanki mąki
  • ¾ łyżeczki sody
  • ¼ łyżeczki soli
Po wymieszaniu składników mokrych, dodaje się stopniowo wszystkie suche składniki, wcześniej połączone ze sobą. Z ciasta formuje się małe, dość cienkie placuszki i piecze się 10 minut w temperaturze 180°C. Po wyjęciu z piekarnika mogą być początkowo miękkie, więc trzeba wstrzymać się kilka minut z przekładaniem na talerzyk albo do pudełka... albo do buzi.



A czy pisałam już, że jestem bardzo, bardzo szczęśliwa?

A jestem! Jestem!


wtorek, 21 grudnia 2010

Elementarz wegańskich wypieków. B, jak bananowe ciacho - może być na święta

Takie o ciasto, czyli jak elementarz wegańskich wypieków wzięłam na warsztat. Można je przysposobić na potrzeby świąteczne, albo wręcz przeciwnie - zrobić z niego powszednią bułę śniadaniowo - kawową.  

* 4 banany
* 0,25 szklanki oleju
* 0,5 szklanki cukru
* 1 łyżeczka soli
* zastępnik 1 jajka.
* 1 cukier waniliowy
* 1,5 szklanki mąki
* 1 łyżeczka pr.do pieczenia
* 0,5 łyżeczki sody
* 0,5 szkl. kruszonej czekolady
* garść siekanych orzechów
* cynamon itp

Z bananami robię taki numer: wkładam do zamrażarki. Po rozmrożeniu są dojrzałe i słodkie. Robię tak z 3 bananami. Jeden zostaje do dekoracji.

Banany rozdrabniam widelcem i miksuję na gładką masę z olejem, cukrem i cukrem waniliowym. Później dodaję sól i przygotowany wcześniej zastępnik jajka (warto się zaopatrzyć, jedno opakowanie wystarcza na długo). do dobrze wymieszanej masy przesiewam partiami mąkę, wymieszaną z przyprawami, proszkiem do pieczenia i sodą (moja babcia mówiła, że mąkę trzeba do ciasta ZAWSZE przesiewać, żeby ładniej się mieszała a ciasto było pulchniejsze). W międzyczasie dodaję po trochu pokruszoną czekoladę i orzechy.

Ciasto można wylać do foremek, albo do tortownicy. Piecze się w 200 stopniach, 40-45 minut. Na ostatnie 15 minut włączam termoobieg.

Wyszło trochę niskie, zazwyczaj ładniej rośnie.


piątek, 17 grudnia 2010

Zapraszamy na oskarową komedię romantyczną produkcji krajowej pt. "Świeżo Upieczeni"


W rolach głównych wystąpili:

 * Ciasto Drożdżowe
 * Farsz Warzywny   
* Sos Grzybowy     




Tylko u nas! Ekskluzywne wywiady z aktorami!
Kreacja zdradza na czym polega sekret naszych gwiazd!

Przepis (na ok. 25 pierogów)
***

wtorek, 30 listopada 2010

falstarta - a miało być tak pięknie...

Czekając na chleb tak zgłodniałam, że w poszukiwaniu czegoś szybkiego i smacznego dotarłam do myśli o tarcie z warzywami. Niedawno mignął mi przed oczami obiecujący przepis. Po wstępnym przeglądzie lodówki stwierdziłam obecność brokułów, papryki i oliwek. A co najlepsze, wczoraj namoczyłam nerkowce. Cel był zgoła odmienny, ale nie boimy się zmian, bo co. Zrobiłam ciasto według przepisu tj:

- 1 szklanka mąki
- 1/3 szklanki oleju
- trochę soli
- 3 łyżki zimnej wody

Ciasto zagniotłam i włożyłam do zamrażalnika na ok. 30 minut. W tym czasie przygotowałam sos z nerkowców, trochę modyfikując oryginalną wersję. Namoczone wcześniej orzechy (ok 50 g, minus to, co wyjadłam) zmieliłam z ząbkiem czosnku, ziołami, solą, pieprzem, odrobiną oliwy i wody. Tyle, że dolałam więcej wody, żeby uzyskać konsystencję śmietany. TO JEST PYSZNE. Będę wierną fanką tego sosu: kremowy, pyszny, rewelacyjny. Uprzedzając fakty przyznam, że po upieczeniu przestał mi smakować i zostanę przy wersji na zimno. Cudo.

Ciasto po wyjęciu z zamrażalnika rozprowadziłam równo na dnie blaszanej foremki i ułożyłam na wierzchu brokuły (wcześniej sparzone wrzątkiem, podzielone na małe różyczki), pokrojone oliwki i kawałki papryki, tak, jak to widać poniżej. Wzorek był piękny i apetyczny.

Potem polałam wszystko dokładnie sosem z nerkowców i piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni ok. 35 minut. Ostateczny efekt był taki, że wszystko wyglądało i pachniało pięknie.

Mankamentem był za to smak ciasta. Zupełnie nie przypadło mi do gustu to mączne i tłuste ciacho więc muszę wykombinować jakiś inny sposób na zrobienie spodu do tarty.

Druga sprawa to ta, że sos z nerkowców był o wiele smaczniejszy przed zapieczeniem, ale tu stukam się w głowę, bo być może gdyby pozostać przy przepisowej ilości wody to sprawdziłby się w tej roli lepiej.

Po prostu zjadłam wszystko z góry, mlaskając. A ciasto niestety zlądowało na parapecie. Może wróble się skuszą.





niedziela, 28 listopada 2010

CIASTO W MIASTO

"Kolektyw vegeON! zaprasza na poznańską edycję imprezy "Ciasto w miasto!"  Dzięki uprzejmości Ekowiarni będziecie mogli przekonać się , jak smaczne mogą być wypieki w 100% roślinne. Większość mięsa, jaj i mleka pochodzi z chowu przemysłowego. Najlepszą drogą sprzeciwu, jest wyeliminowanie takich składników ze swojego życia. To, że można zjeść smaczny wegański obiad – tego można się łatwo domyślić. Ale upiec puszyste ciasto bez jaj , a w dodatku uwieńczone górą kremu i to bez mleka? Skoro twierdzicie, że to niemożliwe, to przyjdźcie i przekonajcie się sami. Zobaczycie... spróbujecie , że weganizm nie jest wcale taki trudny.

Będziemy służyć poradami wszelkiej maści. Serniki, ciasteczka, babeczki. Weganie i weganki upieką wszystko! Całkowity dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na prowadzenie kampanii Fundacji Viva!"

wtorek, 23 listopada 2010

Nie od dziś wiadomo, że babeczki lubią drobne zmiany

 

Zanim o babeczkach opowiem (bo są jeszcze w piecu), słów kilka o drobnych zmianach w otoczeniu. Popatrz! Wytapetowałam na nowo tło, żeby Kreacja się w kuchni nie nudziła. Ech, tam... Ona nigdy się nie nudzi. Więc, żeby Tobie nie było nudno. 

Poza tym, poznałam dziś program do obróbki zdjęć, który się nazywa Picnik i umie robić różne ciekawe i ładne rzeczy (na przykład takie okrągłe kąciki), których nie potrafiła Picassa. Co prawda potwornie się na razie zacina, ale myślę, że to kwestia mojego ułomnego modemu o żółwiej prędkości przesyłu. Ostatnie to już jego chwile, bo zaraz już zaistnieje internet z kabla i żegnajcie problemy z transferem danych!

Czy wspomniałam, że wizytując rodzinne strony zahaczyłam o fryzjera, a konkretnie o dwie pilne fryzjerki...a one zawadziły rękawem o pojemnik z farbą do włosów... i tak w skrócie rzecz ujmując moja głowa uzyskała zimowe okrycie w absurdalnym odcieniu jasnoblond?

Babeczki... Picnik... Noż, ile można czekać, no!?


No i są w końcu. Są.

Te babeczki są bardzo podobne do pasztetu sojowego, który polecałam w piątek, w tym sensie, że też są sojowo-warzywne. Składniki w dużej części pokrywają się, jest to więc zasadniczo wariant tamtego kulinariozum, z tym, że w ładniejszym ubranku: 

- soja (ok 150 g ziaren, ugotowanych do miękkości)
- 2 spore cebule
- 2 duże marchwie
- 1 duża pietrucha
- ćwierć selera
- duża garść natki
- puszka groszku 
- przyprawy: sól, pieprz, kumin (kmin rzymski)
- 4 łyżki mąki (zastanawiam się ponownie, czy jest to konieczne)
- szklanka wody

W skrócie rzecz ujmując, soję i wszystkie warzywne składniki rozdrabnia się, dusi na oliwie a następnie jeszcze trochę bardziej rozdrabnia (tym razem zrobiłam to mniej dokładnie i efekt jest lepszy!), dodając zieleninę, przyprawy, wodę i mąkę (uważać na konsystencję - dość gęsta ma być)

Potem rozkłada się do papilotek (moje są silikonowe - urocze, nie przywierają nic a nic i są wielorazowego użytku. Wyjdzie ok 10-12 babeczek pewnie) i piecze w temp. 200 stopni ok. 1 godziny (po 30 minutach włączyłam termoobieg). Jeśli zabierzesz się kiedyś za robienie czegoś według tego, lub podobnego przepisu, ale bez mąki, daj znać, czy się udało, czy się nie rozpadało itd. Chętnie się dowiem.,

 I na koniec akrobacja. Tadaaaaaaaaaaaam!



piątek, 19 listopada 2010

Ostrożnie, gorące!!

Niby proste i każdy to wie, ale gdybym wcześniej pomyślała o tym, że z całą pewnością nie mam ust z azbestu, nie siedziałabym teraz z kostkami lodu na języku. Niewyparzona gęba tak zwana, to już  przeszłość. Trudno to nazwać zagapieniem (zagapiła to się Ewa, kiedy dziś zrzuciła się z roweru, wjechawszy w barierki na osiedlu...), bardziej właściwie byłoby stwierdzić, że zupełnie brak mi ogłady w obliczu nowych pomysłów kuchennych.

Wczoraj ugotowałam pakę soi i jeszcze do dzisiejszego popołudnia nie wiedziałam co z nią robić. Nie mam wielkiego doświadczenia w daniach z soi. Nigdy chyba nie zrobiłam z niej niczego od podstaw, to jest z ziaren... Hm. Nuda, głód, niemoc. No, ale taka ilość (cały gar), zachęca do eksperymentów. Ten okazał się udany bardzo, bardzo, więc się dzielę. Z resztą zobacz!


Upiekłam pasztet -jak sądzę. Sojowo - warzywno - orzechowy pasztet, przyprawiający o opad szczęki (i poparzenia, jeśli ktoś jest tak niemądry i niecierpliwy jak pisząca te słowa). Do jego wykonania użyłam:

- ugotowanej soi (ok 100 g suchej), 
- włoszczyzny (1 duża marchew, 1 średnia pietruszka, ćwiartka selera, dużo natki pietruszki),  
- cebuli (2 średnie) i czosnku (2-3 ząbki)
- mielonych orzechów (nerkowce i migdały, które pozostały mi po zrobieniu mleka orzechowego, ale możesz po prostu dodać garść zmielonych orzechów albo migdałów)
- trochę sezamu 
- przypraw (tylko sól i pieprz, ale pole do popisu dla indywidualnych gustów)
- trochę oliwy
- 4 łyżki mąki (w zasadzie wszystko jedno jakiej, ja dałam pszenną razową, akurat się nawinęła)

Cebulkę, czosnek i włoszczyznę startą na tarce podsmażyłam na oliwie i zmieliłam na gładką masę z pozostałymi składnikami. Konsystencja powinna być gęsta, mniej więcej jak na szare kluski albo placki ziemniaczane (no, trochę gęstsza). W razie potrzeby można dolać trochę wody. Masę wyłożyłam do niedużej foremki i wstawiłam na ok 1 godzinę do piekarnika nagrzanego do 175 stopni. W połowie czasu włączyłam termoobieg i posypałam sezamem. Różne są piekarniki i nie ma pewnie jednej niezawodnej metody, ale celem jest taki efekt, żeby masa się związała, gotowy pasztet był sprężysty, na górze lekko spieczony


A teraz najważniejsze:

PO WYJĘCIU Z PIEKARNIKA NALEŻY ODCZEKAĆ 
DO WYSTYGNIĘCIA W CELU UNIKNIĘCIA POPARZEŃ!!

Świetnie smakuje na kanapkach z żytniego chleba. Dodatkowo polecam posypać jeszcze natką pietruszki i uprażonym na suchej patelni sezamem. Albo (kiedy już wystygnie całkiem), można kroić na kawałki i wsuwać po prostu. Naprawdę dobre. Udana próba. Dobrze, że jeszcze tyle tej soi zostało. Czuję, że jutro powtórka. 

No, to pa.

piątek, 15 października 2010

Front Wyzwolenia Ślimaków!

Ślimaki. Ciasto francuskie - brzmi przejmująco. Chwila grozy, publiczność zamiera... I napięcie spada. Bo to nie będzie wcale o rzezi winniczków, hehe.

Tylko o ciastkach. Ślimakowa alternatywa. Ciastka powstają z okazji jutrzejszej parapetówki. Przyjdzie pewnie ponad czterdzieści osób i lepiej, żeby mieli apetyt, bo poza tymi ciastkami szykuje się jeszcze sporo innego, pysznego stafu. Ale o tym później.

 
A co tutaj? Pyszności. Ślimaczki z ciasta francuskiego z nadzieniem prawie szarlotkowym. Ciasto było gotowe. Wyjęte wcześniej z lodówki, rozprostowane na papierze do pieczenia. Nadzienie jest podobne do klasycznej szarlotki (tzn jabłka pieczone  z cukrem, cynamonem i odrobiną soku z cytryny na patelni, na dość dużym ogniu, żeby się wszystko szybko spiekło, ale nie rozgotowało), z tym że dochodzą płatki migdałów i kokosów (pieczone na suchej patelni).
 
A teraz cały myk techniczny. Nadzienie wystudzić, rozłożyć równomiernie na całym cieście, posypać migdałami/kokosem i zawinąć rulon (chwytając za krótszy bok ciasta) na tyle zwarcie, żeby nadzienie nie wyciekało, ale żeby ciasto przylegało do siebie. Potem zawinąć ten rulon w papier dopieczenia (kilkukrotnie owinąć) i... włożyć do zamrażalnika na kilka (4-5, zależy od mocy Twojej zamrażarki) godzin. Kiedy porządnie się schłodzi i będzie lekko zmrożone, można łatwo kroić nawet w dość cienkie (ok 1 cm) plasterki, bez obaw, że wszystkie jabłka z wnętrza wypadną. 
Ślimaki ułożone na papierze do pieczenia, pieką się w piekarniku w temp 220 st (lub 200 z termoobiegiem) ok. 15 minut. Piekarnik piekarnikowi nie równy, więc sprawdzaj, kiedy będą ładne i złotawe.

Zapach się niesie na pół dzielnicy, może lepiej schowam, bo do jutra nie dotrwają...


*autorka informuje, że w trakcie przygotowywania niniejszej  relacji nie ucierpiał żaden ślimak
(chyba, że np. zmarł na zapaść płucotchawki na myśl o losie tysięcy swoich muszlatych współbraci)

czwartek, 15 kwietnia 2010

Kocie łakocie


Popełniłam czyn kulinarny, który ma moc zmieniania orbit planetarnych... OK, zmienił na razie tylko orbitę mojego myślenia o rozkoszach podniebienia, ale to i tak sporo. Kto nie słyszał o apple crumble, ulubionym deserze Anglosasów? Jaaaa! Ja do niedawna nie słyszałam, ale gdyby nawet mi nikt nie powiedział, musiałabym go kiedyś wymyślić. Bo łączy moje ulubione składniki – jabłka (obowiązkowo z cynamonem) i KRUSZONKĘ!



Czy zdarzyło się komuś ignorować istnienie ciasta drożdżowego, kosztem samej tylko słodkiej, chrupiącej kruszonki? Dobrze pamiętam, że cała ta buła pod kruszonką mogłaby równie dobrze wcale nie istnieć i ciasto zjadałam zawsze tylko z góry. Uwielbienie dla kruszonki to widać w mojej rodzinie przypadłość dziedziczona. Kiedy jeszcze żył dziadek Staś, często opowiadał, że w nie najlżejszych czasach powojennych kruszonka była jedną z ulubionych postaci tak zwanego słodkiego, a na pewno jedną z nielicznych dostępnych. Związana jest z nią superśmieszna opowiastka jak dziadek i jego brat w przedwielkanocnej spowiedzi wyznali zgodnie, jeden po drugim, “udawanie kota”. Osłupiały ksiądz poprosiwszy o wyjaśnienie, na czym polega występek "udawania kota", usłyszał, że do spółki wyżarli kruszonkę z całego świątecznego placka, po czym naznaczywszy go okrutnie śladami widelca, zrzucili winę na kota. Sprytne. Wiedzieli co dobre. Kruszonka.

No i jabłka. Czyli wracamy do apple crumble. W swojej klasycznej postaci to po prostu prażone jabłka (czasami z innymi owocami) pokryte kruszonką i upieczone. Kombinacji jest wiele. Moja wersja, jak zwykle chyba, czerpie po prostu z aktualnych zasobów szafki z jedzeniem. Patrzę w nią jak w telewizor (a w zasadzie zamiast) i wyciągam pomysły. A potem dopisuję kolejne linijki do receptur babci, mamy, koleżanki, pani/pana z telewizora... albo w ogóle piszę rzecz od nowa. I na tym to chyba polega – zaprowadzanie tak zwanych osobistych rządów we własnym garnku. W przypadku crumbla za wiele nie trzeba kombinować, bo tu prostota jest zaletą.


Kocie Łakocie
- 3 duże jabłka
- garść innych owoców (truskawki, wiśnie, porzeczki)
- 140 g cukru
- 80 g mąki
- 120 g margaryny, chociaż dobrze pamiętam, że z masłem było smaczniejsze.
- starta skórka z 1 cytryny
- kilka łyżek soku z cytryny
- cynamon
- starte orzechy

Owoce: obrane jabłka pokroiłam w spore kawałki i prażyłam na szybkim ogniu z 40 g cukru rozpuszczonego w małej ilości wody. Dodałam cynamon, sok i otartą skórkę z cytryny. Chodzi o to, żeby jabłka odparowały i nie puściły potem soku do ciasta. Pozostałe owoce trzeba rozmrozić i odsączyć, jeśli są z mrożonki (moje były). Świeże trzeba pokroić (truskawki) albo wydrylować (wiśnie). 

Kruszonka: moja główna zgryzota związana z robieniem kruszonki polegała zwykle na babraniu rękami mięknącego zbyt szybko tłuszczu. Poza tym, że oczywiście lepiej pracować opuszkami palców, niż całymi rękami, wpadłam na pomysł w swej prostocie genialny. Do mieszanki cukru (100g), mąki (80g) i cynamonu dodaję tłuszcz, który zaraz po wyjęciu z lodówki ścieram na grubych oczkach tarki jarzynowej. Tym sposobem bardzo szybko udaje się zrobić ładną, drobną kruszonkę, uniknąć wielkich grud i brudnej roboty :) Jeśli trzeba dosypać trochę mąki - śmiało, byle nie za dużo.

I co potem? Potem wszystko warstwami ułożyłam w płaskiej, niezbyt dużej formie, dodatkowo między warstwy posypując trochę orzechów. Ważne, żeby połowa kruszonki poszła na górę, a druga połowa do środka. Włożyłam do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piekłam przez około 45-60 minut...


... to czekanie - jak wieczność w tantalowym piekle! Zapach jabłek, cynamonu i złocącego się pod słońcem piekarnika cukru roznosi się nie tylko po całym mieszkaniu, ale też na korytarzu, na klatce schodowej i w windzie. W połowie pieczenia przez kruszonkę zaczął wydobywać się sok z bulgocących pod spodem czerwonych owoców. Wszystko nabrało obłędnego złocistego koloru. Całe szczęście, że ciężkiej odpowiedzialności pochłonięcia całego tego dobra nie musiałam brać całkowicie na siebie! Z odsieczą przyszły Natalia i Dominika. Na ciepło smakuje prześwietnie...mmmm...


Znikło w try miga. I dobrze.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...