Po prostu namoczyłam kubek nerkowców i migdałów (wcześniej sparzone i obrane) na noc a rano zmiksowałam blenderem z trzema kubkami przegotowanej wody. Po przelaniu przez gazę otrzymuje się całkiem niezłe mleko orzechowe i garść masy orzechowej. Zamierzam ją dodać do pasztetu sojowego, który właśnie robię. Zajrzyj niedługo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
piątek, 19 listopada 2010
sobota, 23 października 2010
Nocne łowy
Zasadniczo chodzi o to, że czasami w nocy trzeba ruszyć na łowy. Za głosem różnych organów wewnętrznych się zwyczajowo podąża, ale wśród najpopularniejszych pewnikiem znajduje się żołądek. I, jeśli tylko nie zmienią się te sporadyczne eskapady w stały, nie najlepszy zwyczaj, to chyba można od czasu do czasu przymknąć oko na przestrogi mądrych tego świata.
Warunki (jakieś zasady jednak są, głodomorze), które powinien spełniać nocny żer są następujące:
1. szybko
2. dobrze
3. cicho
Jeśli miałabym coś podpowiadać, to moim faworytem są ostatnimi czasy tortillas (niestety pszenne), które wystarczy chwilę podgrzać na suchej patelni, udekorować czymś, co jest pod ręką, zwinąć i zjeść. Ja posmarowałam placek pastą z zielonych oliwek (mam gotowca, ale można spróbować zrobić, tzn posiekać zielone oliwki drobno z czosnkiem, oliwą i ziołami), ułożyłam surową cukinię, posypałam orzechami włoskimi i ziołami. W sam raz. W sam raz. Tak.
piątek, 15 października 2010
Front Wyzwolenia Ślimaków!
Ślimaki. Ciasto francuskie - brzmi przejmująco. Chwila grozy, publiczność zamiera... I napięcie spada. Bo to nie będzie wcale o rzezi winniczków, hehe.
Tylko o ciastkach. Ślimakowa alternatywa. Ciastka powstają z okazji jutrzejszej parapetówki. Przyjdzie pewnie ponad czterdzieści osób i lepiej, żeby mieli apetyt, bo poza tymi ciastkami szykuje się jeszcze sporo innego, pysznego stafu. Ale o tym później.
A co tutaj? Pyszności. Ślimaczki z ciasta francuskiego z nadzieniem prawie szarlotkowym. Ciasto było gotowe. Wyjęte wcześniej z lodówki, rozprostowane na papierze do pieczenia. Nadzienie jest podobne do klasycznej szarlotki (tzn jabłka pieczone z cukrem, cynamonem i odrobiną soku z cytryny na patelni, na dość dużym ogniu, żeby się wszystko szybko spiekło, ale nie rozgotowało), z tym że dochodzą płatki migdałów i kokosów (pieczone na suchej patelni).
A teraz cały myk techniczny. Nadzienie wystudzić, rozłożyć równomiernie na całym cieście, posypać migdałami/kokosem i zawinąć rulon (chwytając za krótszy bok ciasta) na tyle zwarcie, żeby nadzienie nie wyciekało, ale żeby ciasto przylegało do siebie. Potem zawinąć ten rulon w papier dopieczenia (kilkukrotnie owinąć) i... włożyć do zamrażalnika na kilka (4-5, zależy od mocy Twojej zamrażarki) godzin. Kiedy porządnie się schłodzi i będzie lekko zmrożone, można łatwo kroić nawet w dość cienkie (ok 1 cm) plasterki, bez obaw, że wszystkie jabłka z wnętrza wypadną.
Ślimaki ułożone na papierze do pieczenia, pieką się w piekarniku w temp 220 st (lub 200 z termoobiegiem) ok. 15 minut. Piekarnik piekarnikowi nie równy, więc sprawdzaj, kiedy będą ładne i złotawe.
Zapach się niesie na pół dzielnicy, może lepiej schowam, bo do jutra nie dotrwają...
*autorka informuje, że w trakcie przygotowywania niniejszej relacji nie ucierpiał żaden ślimak
(chyba, że np. zmarł na zapaść płucotchawki na myśl o losie tysięcy swoich muszlatych współbraci)
poniedziałek, 6 września 2010
Atak umundurowanego podziemia
Co myślisz o umundurowanych ziemniakach? Nawet jeśli jesteś pacyfistą, przyznać musisz, że ziemniaki w mundurkach smakują doskonale. Dłużej się gotują, ale to detal. Co mnie smuci? Że w Poznaniu to tylko pyra z gzikiem i pyra z gzikiem... A jak nie gzik, to masło, jak nie masło, to choćby śmietana, w komplecie ze śledziem najlepiej. A jak nie takie delicje, to co zrobić z ubogim ziemniakiem? No..?
Zrobiłam sos arachidowy.
Sos arachidowy...hmmm. Brzmi wyrafinowanie? A jest to banalnie prosta odpowiedź na pytanie "co wyjdzie, jeśli wrzucimy do blendera garść orzeszków (pod)ziemnych, trochę oliwy i oleju lnianego?". Wyjdzie gęsty sos podobny do masła orzechowego (z którego można zrobić to samo w przypadku braku blendera), z którym poczciwy ziemniak staje się całkiem niezwykły! Nie trzeba go wcale przyprawiać, bo orzeszki były przecież solone. Przez to nawet ziemniaków nie soliłam. Doskonale pasują do tego ziarenka lnu do posypania i pokruszone orzechy włoskie. Albo nie. Albo wymyśl coś innego.
Pomidory mnie zasmuciły. Bo to dopiero wrzesień (nawet nie październik!!),
a już smakują źle. Zimo, nie nadchodź, proszę...
a już smakują źle. Zimo, nie nadchodź, proszę...
sobota, 28 sierpnia 2010
hity dnia: TĘCZA i różne egzotyczne smaki
Makaron bezglutenowy - wielkie wow dla niego! Dostałam ostatnio jakąś próbke bezpłatną w Ekolandzie i przyznaję, że jest to o całą klasę coś lepszego niż pospolite kluchy. Nie, żeby mi zwykły makaron nie odpowiadał ale ten - gotuje się szybciej, jest delikatniejszy, nie klei się, ma dobry, lekko słodkawy smak. Szkoda, że jest dość drogi. Ale nic to. Jeść, nie kalkulować.
Poza tym, w lodówce jakieś marniutkie reszteczki jedzenia (jutro znowu biorę walizkę, nie warto magazynować i wozić garkuchni ze sobą). Udało się jednak coś super: pasta z tofu i orzechów włoskich (zasadniczo: na oliwie podsmażyłam posiekane tofu, po chwili posypałam mąką z ciecierzycy, dodałam zmielone orzechy włoskie, pieprz, gałkę muszkatołową i - kiedy się wszystko zrumieniło - mleko kokosowe!) i naprawdę smakowało to okej. Przepis wypadł mi z rękawa, więc nie wiem, czy jest wiarygodny. Acha, na końcu cynamon i jeszczee trochę orzechów.
To wszystko brzmi jak dziwny pomysł (a może nie), ale jest zwyczajny i oparty na wyjadaniu resztek.
No. Dobrze idzie z białym winem.
Zdrówko (sic!)
środa, 21 kwietnia 2010
Prezenty od Przyjaciół z Lasu
Prezenty od Przyjaciół z Lasu:
- 1,5 l. bulionu warzywnego (albo lekko osolonej wody, jeśli ktoś jest raczej ortodoksem kuchennym)
- 3-4 garści suszonych grzybów leśnych
- 1 cebula
- 2 łyżki oliwy
- 2-3 łyżki drobno zmielonych orzechów włoskich
- 1 łyżeczka ciemnego kakao
- szczypta kardamonu (ew. cynamonu też)
- sól, pieprz, pietruszka
- mleko kokosowe do zabielania
- w wersji dla bardziej głodnych: drobny makaron albo kasza perłowa.
Teraz przede mną kilka łatwych czynności: Grzyby gotuję w niedużej ilości wody (ok. 0,5 litra). Wyławiam je z wywaru po ok. 15 minutach od zagotowania i siekam. Wywaru spod grzybów nie wylewam, bo się zaraz przyda. Kiedy gotują się grzyby, cebulę podsmażam, dodaję potem grzyby, zmielone orzechy, doprawiam pieprzem (grzyby lubią pieprz) i lekko solą. Kiedy się to poddusi porządnie, dolewam trochę wywaru grzybowego. Po chwili przekładam wszystko do garnka z warzywnym bulionem, dolewam resztę grzybowego wywaru i gotuję ok. 20 minut, dodając szczyptę kardamonu i łyżeczkę ciemnego kakao. Po ugotowaniu rozdrabniam tak, żeby ślad grzybka został. Zupa jest gęsta, ale drobny makaron (literki!!) albo kasza nie zaszkodzą głodniejszym niedźwiadkom. Przed podaniem dodaję trochę mleka kokosowego i posypuje pietruszką.
Pamiętam, że kiedyś po prostu gotując grzybową, chciałam, żeby miała ładniejszy kolor, więc dodałam kakao. Kakao skojarzyło mi się z czekoladą, a czekolada z orzechami. Przez te dziwne składniki zupa nie tylko zyskuje czekoladową barwę, ale oczywiście z jej smakiem też dzieje się coś... bardzo niezwykłego i dobrego. Z orzechów wydobywa się charakterystyczna delikatna gorycz, a kakao dodaje aksamitnego posmaku. Wyczuwalna obecność orientalnych przypraw wprawia ośrodek zadowolenia w wibracje. Hm, to wszystko zaczyna brzmieć lekko skomplikowanie, a zupa jest przecież czymś całkiem zwyczajnym. Chyba się nakręcam a to znak, że czas już wrócić do sztuki, nie koniecznie kulinarnej. No ja to jednak lubię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



