wtorek, 30 listopada 2010

falstarta - a miało być tak pięknie...

Czekając na chleb tak zgłodniałam, że w poszukiwaniu czegoś szybkiego i smacznego dotarłam do myśli o tarcie z warzywami. Niedawno mignął mi przed oczami obiecujący przepis. Po wstępnym przeglądzie lodówki stwierdziłam obecność brokułów, papryki i oliwek. A co najlepsze, wczoraj namoczyłam nerkowce. Cel był zgoła odmienny, ale nie boimy się zmian, bo co. Zrobiłam ciasto według przepisu tj:

- 1 szklanka mąki
- 1/3 szklanki oleju
- trochę soli
- 3 łyżki zimnej wody

Ciasto zagniotłam i włożyłam do zamrażalnika na ok. 30 minut. W tym czasie przygotowałam sos z nerkowców, trochę modyfikując oryginalną wersję. Namoczone wcześniej orzechy (ok 50 g, minus to, co wyjadłam) zmieliłam z ząbkiem czosnku, ziołami, solą, pieprzem, odrobiną oliwy i wody. Tyle, że dolałam więcej wody, żeby uzyskać konsystencję śmietany. TO JEST PYSZNE. Będę wierną fanką tego sosu: kremowy, pyszny, rewelacyjny. Uprzedzając fakty przyznam, że po upieczeniu przestał mi smakować i zostanę przy wersji na zimno. Cudo.

Ciasto po wyjęciu z zamrażalnika rozprowadziłam równo na dnie blaszanej foremki i ułożyłam na wierzchu brokuły (wcześniej sparzone wrzątkiem, podzielone na małe różyczki), pokrojone oliwki i kawałki papryki, tak, jak to widać poniżej. Wzorek był piękny i apetyczny.

Potem polałam wszystko dokładnie sosem z nerkowców i piekłam w piekarniku nagrzanym do 180 stopni ok. 35 minut. Ostateczny efekt był taki, że wszystko wyglądało i pachniało pięknie.

Mankamentem był za to smak ciasta. Zupełnie nie przypadło mi do gustu to mączne i tłuste ciacho więc muszę wykombinować jakiś inny sposób na zrobienie spodu do tarty.

Druga sprawa to ta, że sos z nerkowców był o wiele smaczniejszy przed zapieczeniem, ale tu stukam się w głowę, bo być może gdyby pozostać przy przepisowej ilości wody to sprawdziłby się w tej roli lepiej.

Po prostu zjadłam wszystko z góry, mlaskając. A ciasto niestety zlądowało na parapecie. Może wróble się skuszą.





"Będzie smaczny chlebek"... za to zabawy ze Zwierzami nie będzie.

Czyli jak na załączonym obrazku:

g. 17.00: Przyszedł Krzyś i przyniósł żytni zakwas, po czym ukręcił na mące żytniej ciasto chlebowe pełne dobroci: lnianego siemienia, otrębów, płatków owsianych i innych składników (a to krzepkiego ramienia trzeba!). 

g. 18.00: Ciasto rośnie. Jeszcze pewnie 2h zajmie mu rośnięcie, jak twierdzi nieoceniony K.. Chleb własny ma milion zalet, których nie posiada chleb kupowany (chociaż ten z wildeckiej piekarenki jest przepyszny): nie ma polepszaczy, jest bogaty w pełnowartościowe ziarna, długo pozostaje świeży, jest sycący, zdrowy, smaczny i wypełnia dom tym zapachem, który sprawia, że mogłabym rozpłakać się jak dziecko. Czas oczekiwania wydaje się być jedynym niedostatkiem - niewielkim, w istocie, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie atuty.

No, czekam...

poniedziałek, 29 listopada 2010

kasza raz dwa - w sam raz na raz :)


I w sam raz na minus siedemnaście, zapowiadane na dzisiejsza noc. Pierwsza taka mroźna noc w roku ma to być. Patent na kaszę mam od mamy. Niewiele znam takich prostych i dobrych, nie nudzących się nigdy potraw co kasza z warzywami. A najlepsze, że powstaje naprawdę szybko i nie może się nie udać.

niedziela, 28 listopada 2010

CIASTO W MIASTO

"Kolektyw vegeON! zaprasza na poznańską edycję imprezy "Ciasto w miasto!"  Dzięki uprzejmości Ekowiarni będziecie mogli przekonać się , jak smaczne mogą być wypieki w 100% roślinne. Większość mięsa, jaj i mleka pochodzi z chowu przemysłowego. Najlepszą drogą sprzeciwu, jest wyeliminowanie takich składników ze swojego życia. To, że można zjeść smaczny wegański obiad – tego można się łatwo domyślić. Ale upiec puszyste ciasto bez jaj , a w dodatku uwieńczone górą kremu i to bez mleka? Skoro twierdzicie, że to niemożliwe, to przyjdźcie i przekonajcie się sami. Zobaczycie... spróbujecie , że weganizm nie jest wcale taki trudny.

Będziemy służyć poradami wszelkiej maści. Serniki, ciasteczka, babeczki. Weganie i weganki upieką wszystko! Całkowity dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na prowadzenie kampanii Fundacji Viva!"

Feniksowe pióra


Ogniste, gorące penne prosto z patelni do wygłodzonego i wychłodzonego brzucha. Rumienią policzki i przywracają ruchomość lekko zdrętwiałym na spacerze palcom. Świetne na pierwsze przymrozki i na porządne mrozy, które dopiero nastąpią. A do tego... wskrzeszone jak tytułowy Feniks.

Bo na początek przyznam się, że makaron leżał ugotowany już jakiś czas i chociaż zachował świeżość, to zdążył wrócić do postaci, jaką miał przed ugotowaniem - czyli całkiem wysechł :] Więc ugotowałam go po raz drugi dla eksperymentu i, o dziwo, zadziałało bezbłędnie. Odrodził się bez ŻADNEGO uszczerbku dla smaku i konsystencji. Al dente forever, hahaha! No, ale to detal. Możesz przecież sobie ugotować świeży makaron. Będziesz go potrzebować nie aż tak dużo, bo poza nim jest tu sporo innych składników. Tak więc uszykuj (zakładam, że gotujesz dla dwóch osób, choć ja sprzątnęłam sama w kilku podejściach):

* makaron pióra (penne) - bo ja wiem? kilka garści... I ugotuj wcześniej, odcedź, odstaw.
* 1 cebulę białą, 1 cebulę czerwoną - pokrój w kostkę albo cienkie półkrążki
* 2-3 ząbki czosnku, pokrój w plasterki, bez ceregieli.
* 1 spory korzeń pietruszki - zetrzyj na tarce albo w malakserze.
* 1 paprykę czerwoną - pokrój w kostkę
* sos pomidorowy z kartonika -ok. pół kubka.
* przyprawy: w zasadzie dowolne.


/użyłam soli i - żeby ciekawość swoja czym prędzej zasycić - przypraw, które przyjechały do mnie z Londynu, co za sprawą Hindusów przyprawami stoi jak same Indie niemal. Tak więc, mamrocząc szybkie "salam namaste", wydobyłam szczyptę kruszonego chilli (ostrożnie z ilością!) i... nasion cebuli, czyli Kalonji (wow, brzmi dziwnie, co? też byłam ciekawa, bo w życiu o tym nie słyszałam. A smakuje świetnie, zwłaszcza po zgnieceniu w moździerzu:: lekko pikantne, bardzo aromatyczne!)


* Ale do rzeczy: Na oliwie zeszkliłam cebulę, dodałam paprykę, pietruszkę (to naprawdę obłędne warzywo, dobrze robi wszystkim potrawom!) i czosnek. Kiedy wszystko się poddusi, trzeba doprawić (tak, jak pisałam, możesz użyć dowolnych przypraw, bo domyślam się, że z nasionami cebuli może być krucho). Potem dorzuca się penne i dusi razem jeszcze chwilę tak, żeby makaron obtoczył się dokładnie w warzywach i przyprawach, przeszedł smakiem i aromatem tego, co się już upichciło. Ostatnia rzecz to dolanie sosu pomidorowego. Nie za dużo, żeby całość nie pływała. W razie potrzeby zwiększam ogień i odparowuję, aż na patelni zostanie ładna, gęsta mieszanka warzywna. Po wyłożeniu do misek posypałam rzeżuchą, ale i pietruszka się sprawdzi.

Tak na marginesie: powraca nam tu znowu motyw Feniksa jak bumerang, bo, jeśli mnie pamięć nie myli, starożytni twierdzili, że Feniks pochodził z kraju, który identyfikować można z Indiami i być może jego postać zainspirowana została mitycznym stworzeniem, towarzyszącym Wisznu i Hindu - orłem o złotych piórach, będącym symbolem słońca i życia . Może więc płomień hinduskich przypraw i ognista kuchnia tego regionu też zawdzięczają co nieco legendarnym piórom Żar-ptaka? I znowu zaczynam marzyć o podróży do Indii. Przyjdzie i na to czas.

Smacznego. Rozgrzani już? Najedzeni słońcem? Rozruszani? Pozdro.

sobota, 27 listopada 2010

Z pozdrowieniami dla zimy!!


Dokładnie tak, jak przewidziałam spadł dziś w nocy śnieg, i nie można już nawet udawać, że to tylko jesień robi się coraz chłodniejsza. Po prostu zima. Sypnęło, ścięło i zmroziło. Stargany pod śniegiem, drętwiejące palce zaciśnięte na torbie z warzywniaka. Wszyscy muszą równo kombinować, żeby nie dać się zimie. Moim sposobem na pierwszy dzień tej śniegowy jest kanapka z awokado, olejem lnianym, migdałami, papryką i rzeżuchą. Chleb przewspaniały żytni przybył z piekarenki przy Rynku Wildeckim, którą odkrył niedawno Paweł, a o której jeszcze niedługo napiszę więcej, bo BARDZO na to zasługuje - przepyszne wypieki i miła pani sprzedawczyni.

HURRAY! VEGAN BUDDY IS HERE!


Program Vegan Buddy, który istnieje już w USA i kilku krajach europejskich między innymi w Wielkiej Brytanii, teraz dotarł nad Wisłę. Strona internetowa jest ładna i nowiuteńka - dopiero powstała. Pomysł bardzo mi się podoba. Sama wiem, jak dużo dały mi rozmowy z osobami bardziej doświadczonymi, kiedy sama dopiero wahałam się z decyzją. Ktoś bardziej obeznany w temacie to skarb dla początkującego weganina/weganki. Pomoże, pokaże, wytłumaczy, przestrzeże przed najczęstszymi błędami. Sama nie jestem jeszcze ekspertem w temacie, ale może się komuś przydam. W każdym razie polecam rzucić okiem!



piątek, 26 listopada 2010

Ciepło - zimno, czyli ciepłe mysli na zimny wieczór







A za oknami coraz zimniej, powoli zaczyna mrozić i niedługo można się spodziewać śniegu. Jest trochę smutno i wzięło na wspominanie, co nie służy możliwościom intelektualnym. Czuję się lekko bezużyteczna i dlatego dążę do jak najszybszego znalezienia się w morfeuszowych objęciach. Żeby w nich wypocząć i całkiem się zapomnieć. Przestać odczuwać byłoby nieźle na chwilę.

Deser, który tu widzisz idealnie wpisuje się w atmosferę tej pory roku. Jest nostalgiczny. Polecam i na ciepło i na zimno.


SKŁADNIKI: 

* 4 pomarańcze
* 1 duży dojrzały banan
* 2 łyżki cukru (lub więcej do smaku, jeśli trafią się kwaśne pomarańcze)
* ok 30 g kaszy manny
* szczypta cynamonu


DO DEKORACJI: 

* płatki migdałowe, 
* jakieś owoce, np porzeczki, maliny, 
* cukier puder


Pomarańcze trzeba dokładnie umyć w gorącej wodzie a potem odciąć ich górne części i wydłubać miąższ ze środka. Kiedy to zrobiłam, przetarłam miąższ przez sito, żeby odzyskać jak najwięcej soku. Jeśli trafią Ci się mało soczyste owoce, trzeba się będzie ratować sokiem z kartonika. Tak, czy siak, powinno być go razem ok. 400 ml. 300 ml podgrzałam do wrzenia w rondelku, w pozostałych 100ml rozmieszałam kaszę mannę. Banana roztarłam na gładką masę z cukrem i cynamonem.

Kiedy sok się zagotował, dodałam kaszę rozmieszaną w pozostałej ilości soku i masę bananową. Trzeba bardzo energicznie mieszać, najlepiej trzepaczką, żeby uniknąć klusek. Kiedy całość po kilku minutach zgęstnieje, można spróbować czy dosyć słodkie i ewentualnie dosłodzić. Można też dodać jeszcze łyżkę manny, jeśli nadal nie jest dość gęste (powinno mieć gęstość budyniu).

Gotową masą napełniłam puste pomarańcze i inne foremki (masy jest więcej niż zmieści się do 4 pomarańczy) i umieściłam je na 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Po wyjęciu odstawiłam do wystygnięcia. Najładniej wyglądają oprószone cukrem pudrem i posypane prażonymi płatkami migdałowymi. Świetnie, jeśli masz pod ręką owoce, świeże albo mrożone, żeby ułożyć na wierzchu. 

Ten deser nie tylko jest dobry, ale też  ładnie wygląda. Jest też wersja z mlekiem sojowym zamiast soku. Wtedy dodaje się do niego tylko skórkę z pomarańczy (można zetrzeć z obciętych czubków pomarańczy). W smaku zdecydowanie bardziej jedwabista, gładka. podobna do klasycznej kaszki na gęsto.

W każdym razie... mmmmm. Można gościom :)

A na chłody, pustki i smutki i tak najlepszy na świecie zawsze jest, był i będzie Barry White, z tym swoim głosem... ech!
 



wtorek, 23 listopada 2010

Nie od dziś wiadomo, że babeczki lubią drobne zmiany

 

Zanim o babeczkach opowiem (bo są jeszcze w piecu), słów kilka o drobnych zmianach w otoczeniu. Popatrz! Wytapetowałam na nowo tło, żeby Kreacja się w kuchni nie nudziła. Ech, tam... Ona nigdy się nie nudzi. Więc, żeby Tobie nie było nudno. 

Poza tym, poznałam dziś program do obróbki zdjęć, który się nazywa Picnik i umie robić różne ciekawe i ładne rzeczy (na przykład takie okrągłe kąciki), których nie potrafiła Picassa. Co prawda potwornie się na razie zacina, ale myślę, że to kwestia mojego ułomnego modemu o żółwiej prędkości przesyłu. Ostatnie to już jego chwile, bo zaraz już zaistnieje internet z kabla i żegnajcie problemy z transferem danych!

Czy wspomniałam, że wizytując rodzinne strony zahaczyłam o fryzjera, a konkretnie o dwie pilne fryzjerki...a one zawadziły rękawem o pojemnik z farbą do włosów... i tak w skrócie rzecz ujmując moja głowa uzyskała zimowe okrycie w absurdalnym odcieniu jasnoblond?

Babeczki... Picnik... Noż, ile można czekać, no!?


No i są w końcu. Są.

Te babeczki są bardzo podobne do pasztetu sojowego, który polecałam w piątek, w tym sensie, że też są sojowo-warzywne. Składniki w dużej części pokrywają się, jest to więc zasadniczo wariant tamtego kulinariozum, z tym, że w ładniejszym ubranku: 

- soja (ok 150 g ziaren, ugotowanych do miękkości)
- 2 spore cebule
- 2 duże marchwie
- 1 duża pietrucha
- ćwierć selera
- duża garść natki
- puszka groszku 
- przyprawy: sól, pieprz, kumin (kmin rzymski)
- 4 łyżki mąki (zastanawiam się ponownie, czy jest to konieczne)
- szklanka wody

W skrócie rzecz ujmując, soję i wszystkie warzywne składniki rozdrabnia się, dusi na oliwie a następnie jeszcze trochę bardziej rozdrabnia (tym razem zrobiłam to mniej dokładnie i efekt jest lepszy!), dodając zieleninę, przyprawy, wodę i mąkę (uważać na konsystencję - dość gęsta ma być)

Potem rozkłada się do papilotek (moje są silikonowe - urocze, nie przywierają nic a nic i są wielorazowego użytku. Wyjdzie ok 10-12 babeczek pewnie) i piecze w temp. 200 stopni ok. 1 godziny (po 30 minutach włączyłam termoobieg). Jeśli zabierzesz się kiedyś za robienie czegoś według tego, lub podobnego przepisu, ale bez mąki, daj znać, czy się udało, czy się nie rozpadało itd. Chętnie się dowiem.,

 I na koniec akrobacja. Tadaaaaaaaaaaaam!



piątek, 19 listopada 2010

Ostrożnie, gorące!!

Niby proste i każdy to wie, ale gdybym wcześniej pomyślała o tym, że z całą pewnością nie mam ust z azbestu, nie siedziałabym teraz z kostkami lodu na języku. Niewyparzona gęba tak zwana, to już  przeszłość. Trudno to nazwać zagapieniem (zagapiła to się Ewa, kiedy dziś zrzuciła się z roweru, wjechawszy w barierki na osiedlu...), bardziej właściwie byłoby stwierdzić, że zupełnie brak mi ogłady w obliczu nowych pomysłów kuchennych.

Wczoraj ugotowałam pakę soi i jeszcze do dzisiejszego popołudnia nie wiedziałam co z nią robić. Nie mam wielkiego doświadczenia w daniach z soi. Nigdy chyba nie zrobiłam z niej niczego od podstaw, to jest z ziaren... Hm. Nuda, głód, niemoc. No, ale taka ilość (cały gar), zachęca do eksperymentów. Ten okazał się udany bardzo, bardzo, więc się dzielę. Z resztą zobacz!


Upiekłam pasztet -jak sądzę. Sojowo - warzywno - orzechowy pasztet, przyprawiający o opad szczęki (i poparzenia, jeśli ktoś jest tak niemądry i niecierpliwy jak pisząca te słowa). Do jego wykonania użyłam:

- ugotowanej soi (ok 100 g suchej), 
- włoszczyzny (1 duża marchew, 1 średnia pietruszka, ćwiartka selera, dużo natki pietruszki),  
- cebuli (2 średnie) i czosnku (2-3 ząbki)
- mielonych orzechów (nerkowce i migdały, które pozostały mi po zrobieniu mleka orzechowego, ale możesz po prostu dodać garść zmielonych orzechów albo migdałów)
- trochę sezamu 
- przypraw (tylko sól i pieprz, ale pole do popisu dla indywidualnych gustów)
- trochę oliwy
- 4 łyżki mąki (w zasadzie wszystko jedno jakiej, ja dałam pszenną razową, akurat się nawinęła)

Cebulkę, czosnek i włoszczyznę startą na tarce podsmażyłam na oliwie i zmieliłam na gładką masę z pozostałymi składnikami. Konsystencja powinna być gęsta, mniej więcej jak na szare kluski albo placki ziemniaczane (no, trochę gęstsza). W razie potrzeby można dolać trochę wody. Masę wyłożyłam do niedużej foremki i wstawiłam na ok 1 godzinę do piekarnika nagrzanego do 175 stopni. W połowie czasu włączyłam termoobieg i posypałam sezamem. Różne są piekarniki i nie ma pewnie jednej niezawodnej metody, ale celem jest taki efekt, żeby masa się związała, gotowy pasztet był sprężysty, na górze lekko spieczony


A teraz najważniejsze:

PO WYJĘCIU Z PIEKARNIKA NALEŻY ODCZEKAĆ 
DO WYSTYGNIĘCIA W CELU UNIKNIĘCIA POPARZEŃ!!

Świetnie smakuje na kanapkach z żytniego chleba. Dodatkowo polecam posypać jeszcze natką pietruszki i uprażonym na suchej patelni sezamem. Albo (kiedy już wystygnie całkiem), można kroić na kawałki i wsuwać po prostu. Naprawdę dobre. Udana próba. Dobrze, że jeszcze tyle tej soi zostało. Czuję, że jutro powtórka. 

No, to pa.

Mleko. A ściślej - mleko z orzechów




 Po prostu namoczyłam kubek nerkowców i migdałów (wcześniej sparzone i obrane) na noc a rano zmiksowałam blenderem z trzema kubkami przegotowanej wody. Po przelaniu przez gazę otrzymuje się całkiem niezłe mleko orzechowe i garść masy orzechowej. Zamierzam ją dodać do pasztetu sojowego, który właśnie robię. Zajrzyj niedługo.

czwartek, 18 listopada 2010

O, urwał nać!


Myślę sobie, co tu wtranżolić, w taki dzień listopadowy... 

W sumie to wszystko jedno, nie jestem wybredna. Tylko niech by to było jednocześnie ostre i łagodne, słodkie i cierpkie, soczyste i treściwe i niech to będzie coś nowego. A do tego niech ma dużo witamin, ale żeby się można było najeść... A w ogóle to chodzi za mną pietruszka od kilku dni.

Pewnie każdy słyszał kiedyś o sałatce TABOULE? Popularna rzecz: kuskus, pomidor, ogórek, papryka, natka, oliwa, sok z cytryny. Ale to nie to. Wczoraj znalazłam przepis na coś nieco innego, mniej kaszowego (kuskus jest u mnie na cenzurowanym jako typowa bezwartościowa choć smaczna kasza) surówkę z natki pietruszki, co doskonale odpowiada mojemu nieustającemu od kilku dni chciejstwu zieleniny., chciejstwu witamin i ogólnie chciejstwu. Po drobnej modyfikacji wyszło chyba coś w sam raz na wielkie listopadowe niezdecydowanie.

Dwa spore pęczki natki pietruszki (w obliczu braku liści na drzewach trzeba się ratować choćby zielonym liściem doustnie!!) potraktowałam jak w przepisie: odmoczyłam w słonej wodzie, osuszyłam, oddzieliłam listki od łodyżek i posiekałam  je (listki) drobno. Dodałam też garść posiekanych listków świeżej mięty z parapetu. Potem dodałam kilka łyżek kuskusu* z sokiem z cytryny (niecałe pół), sól, pieprz, oliwę i 2 nieduże pomidorki pokrojone w drobną kostkę i odsączone.

Po wymieszaniu nie smakowało zabójczo. dopiero po odstawieniu nabrało smaku. To nie jest duża porcja ale na zakąskę dla 4 osób styczy. Z resztą, tego się nie da wtranżolić (tak, to moje ulubione słówko ostatnimi czasy) zbyt dużo.

A te kokilki są przepiękne, co? To efekt szczerego zachwytu, który wyraziłam będąc kiedyś u Basi. Jak się okazało, ona za nimi nie przepada, więc dostały mi się dwie urocze miseczki z pszczółkami, które są w jesienne szarugi ogromną osłodą. Niby mała rzecz, a cieszy - jak to z drobiazgami bywa.

* gwarancja sypkości: wsypuje kuskus do kubeczka/miski i zalewam wrzątkiem 1 cm powyżej powierzchni kaszy; zakrywam; po 10 minutach odkrywam i kiedy wystygnie, kruszę widelcem.

środa, 17 listopada 2010

kluchy leniwe ale nie pierogi.



Czasami słyszę, że gotowanie jest skomplikowane. I bywa tak, że chce mi się z tego śmiać, bo czuję moc rozsiekania w drobnicę całej marchwi świata, ale są też dni kiedy mogę tylko potwierdzić kiwnięciem głową. Nie stać mnie na wysiłek gotowania.

To są świderki biedronkowe. Bardzo dobry makaron! To jest też czerwone pesto ze słoiczka. To jest też kukurydza, z puszki, pokrojone czarne oliwki i zielone. To jest w końcu natka pietruszki i rzeżucha...

I mimo całej bylejakości przygotowania (wkład pracy ogranicza się do ugotowania makaronu, odcedzenia go, wrzucenia go do garnka z kilkoma łyżkami pesto, kukurydzy, oliwek i zieleniny według uznania i... tutaj następuje najtrudniejsze: energiczne zamieszanie garnkiem zakrytym pokrywką w kółko. Ufff...) jest to naprawdę trafione zestawienie. Błyskawiczne i przepyszne! Na koniec możesz polać oliwą albo olejem lnianym i posypać orzeszkami (orzeszki pinii byłyby perfekcyjne, ale mogą być posiekane migdały albo pestki słonecznika)

Widzę ciemność.

wtorek, 16 listopada 2010

WEGANIZM. SPRÓBUJESZ?

Kochani!

Kreacja w kuchni nie tylko radośnie kontynuuje harce, ale bierze też udział w programie Stowarzyszenia Empatia, promującym wegańskie blogi kulinarne. Wiem, ile mitów na temat weganizmu funkcjonuje w zbiorowej głowie i jak postrzegani są weganie. Chciałabym część strachów oswoić i pokazać, jakie to proste i przyjemne. Przede wszystkim, że to nie dieta dziwolągów i hippisów, jedzących sałatę i ryż z warzywami.

Na stronie Empatii znajdziesz wyjaśnienie najbardziej nurtujących kwestii i terminologii. W pytaniach i odpowiedziach informacje podane są przystępnie, rzeczowo i wyczerpująco - "wszystko, co zawsze chcieliście wiedzieć o weganizmie, ale wstydziliście się zapytać" :] hehe. Polecam. Polecam też weganizm. Spróbujesz?

piątek, 12 listopada 2010

Ajwar Express

Jest to kolejna opcja całodobowo dostępnej, lepszej i ciekawszej
kanapki z różnościami na ciepło. A najlepsze jest to, że od wyjęcia
produktów do zatopienia zębów w kanapce dzieli Cię ok. 15 minut. 

*****
***
*
 

1, Przygotuj cebulę, marchew, seler, paprykę, cukinię, ajwar, zioła i tortillas * STOP * 
2. Posiekaj włoszczyznę, podsmaż, a inne warzywa pokrój i zostaw surowe * STOP * 
3. Podgrzej tortille, posmaruj ajwarem, rozłóż na nich warzywa, zioła i zawiń * STOP * 
4. Ajwar Express wjeżdża na stację Głodomory, podróżnym życzymy  SMACZNEGO !


czwartek, 11 listopada 2010

Imieniny Dziadka - cztery pokolenia przy moim stole to poważna okazja!

Dziadek miał na imię Marcin i chociaż zawsze nazywany był przez nas dziadkiem Stasiem, to faktem jest, że obchodził 11 listopada swoje  imieniny. I mimo, że od czterech lat nie ma już dziadka między nami, wspominamy go zawsze ciepło i wesoło - bo to był ktoś super ; ktoś wyjątkowy, wspaniały, dzięki komu dzieciństwo było pełne śmiechu. Niech się tylko zbiorę do pisania, a będzie to nie małe tomisko dziadkowych opowieści... o herbacie z cholagogi, o tym, jak chcieli wywołać z bratem koniec świata... i jak przemalowali sąsiadowi krowę, o skarbie w garażu zakopanym i...




A dzisiaj spotkanie rodzinne: Babcia, Rodzice, Magda z mężem i synkiem. Cztery pokolenia przy stole i wyzwanie: jak dogodzić wytrawnym smakoszom mięsnych potraw? Pomysł pojawił się szybko, ale okazał się nieco czasochłonny. Chyba tylko dzięki pomocy Pawła udało się wszystko  na czas dopiąć na ostatni guzik i od wczoraj wieczora przygotować gar pięknej zielonej zupy z porów i brokułów (o niej innym razem, a przy okazji o przepięknej wazie po mojej prababcie) i pieczoną paprykę nadziewaną farszem warzywno - sojowym z kolorowym ryżem i sosem pomidorowym.



Do przygotowania papryki faszerowanej potrzebujesz:

- 8 papryk (lub mniej, podaję proporcje z mojej dużej porcji rodzinnej)
- paczkę granulatu sojowego
- 2-3 cebule
- 4 marchwie
- 1 sporą pietruszkę (korzeń)
- dużą garść natki pietruszki, koperku albo innej zieleniny
- ćwiartkę selera
- 500 g pieczarek
- inne warzywa, jeśli chcesz
- przyprawy - u mnie tylko sól i pieprz

Granulat ugotowałam według przepisu z opakowania, odcedziłam. Cebulę podsmażyłam na oliwie z pieczarkami, potem dodałam stopniowo pozostałe warzywa rozdrobnione w malakserze  (można pokroić, albo zetrzeć na tarce), na końcu zieleninę i przyprawy. Wszystko  wymieszałam z soją.

Kiedy farsz się dusił w garnku, nagrzałam piekarnik do 200 stopni i włożyłam do niego umytą i wydrążoną paprykę  na ok 20 minut. Dzięki temu zmiękła trochę i nie będzie trzeba już tak długo później trzymać jej w piekarniku.

Po wyjęciu papryki nadziałam każdą farszem, lekko ugniatając, umieściłam w foremce i zakryłam folią aluminiową. W piekarniku o temp. 200 stopni spędziła godzinę (efekt był taki, że po wyjęciu papryka była sprężysta, nie całkiem rozgotowana, ale wiem, że nie każdemu to odpowiada, więc w razie czego można potrzymać dłużej)

W tym czasie robimy sos pomidorowy:

- 1 cebula
- 4 duże pomidory (+ łyżka koncentratu pomidorowego)
- 1 duża czerwona papryka
- natka pietruszki, sól, pieprz, chilli

Sos jest super łatwy: do cebulki pokrojonej w kostkę i zeszklonej na oliwie dokładam najpierw paprykę pokrojoną w kostkę a potem, kiedy wszystko się ładnie podsmaży, pomidory. Dusze pod przykryciem, aż pomidory całkiem się rozgotują, dodaję koncentrat (albo sos pomidorowy), pietruszkę,przyprawy, ewentualnie podlewam wodą. Potem wszystko dokładnie rozdrabniam blenderem na gładki sos.


Papryka jeszcze pewnie siedzi w piekarniku, czas więc na kolorowy ryż. Potrzebne składniki:

- ryż sypki albo w paczkach - ile masz ochotę (ja ugotowałam kilogram i męczyłam się z jego obecnością przez kilka następnych dni... więc polecam 400-500 g albo 4 torebki po prostu)
- kurkuma (kolor zółty)
- koncentrat pomidorowy i tandori masala (kolor czerwony)
- szpinak i zielenina (kolor zielony)
- 1 papryka zółta, 1 zielona, 1 czerwona

Ugotowany na sypko ryż podzieliłam na 4 równe części. Jedną pozostawiłam w naturalnym kolorze, drugą ubarwiłam na żółto odrobiną kurkumy (może być curry, jeśli nie przeszkadza Ci intensywny smak tej przyprawy), trzecią na czerwono przy pomocy koncentratu pomidorowego (nie za dużo, żeby nie było kwaśne) i tandori massala (ale sprawdzi się też suszona papryka słodka np.) a czwartą na zielono, mieszając z kilkoma łyżkami szpinaku (rozdrobniony z mrożonki, podduszony z czosnkiem, solą i pieprzem) i pietruszką.

Ułożyłam wszystko na talerzu wydzielając kolorowe części. Kolorową paprykę pokroiłam w drobną kostkę i ułożyłam w miseczkach obok. Wyjęłam z piekarnika paprykę, sos pomidorowy przelałam do ładnej miski.

Po wyjęciu z piekarnika faszerowana papryka prezentowała się świetnie, pachniała pięknie i smakowała wyśmienicie z sosem pomidorowym. Kolory ryżu zdobyły oczy, żołądki i, ostatecznie, serca mojej rodziny.

Byli(śmy) zadowoleni.

Polecam bardzo!

wtorek, 9 listopada 2010

Ale Meksyk! Krupnik pełen bałaganu.


To jest... krupnik to jest, najogólniej rzecz ujmując. Zupa zrobiona na wywarze z włoszczyzny, z dodatkiem kaszy i ziemniaków... oraz: czerwonej fasolki, papryki, chilli i pomidorów. Ha ha! Totalny Meksyk, kochani, a właściwie to meksyk. Częściowo rozdrobniona, sowicie doprawiona natką z pietruszki. Zrobiło się dziś już dosyć zimno i to chyba całkiem uzasadnione, że przez cały dzień myślę tylko o ciepłej zupce.

czwartek, 4 listopada 2010

miejsce śmieci jest w śmietniku.

Na pohybel niemądrym rodzicom! Jesień w tym roku nawet ładna, co sprzyja spacerom. Raz po raz przechodzi miła rodzina z dziećmi i generalnie sielski to widok i serce krzepiący, ale... ale dostaje drgawek na widok kilkuletnich szkrabów o palcach niczym serdelki ogólnej fizjonomii ludzika Michelin. Niby pokolenie młodych rodziców wyrosło już szczęśliwie z poglądu, że grube dziecko to zadbane dziecko, ale wciąż jednak nie brakuje mam i tatusiów, przechadzających się z dziećmi chrupiącymi zawzięcie chipsy, przeżuwającymi hamburgery, frytki i inne frykasy... Wbrew pozorom nie tak rzadki to widok. Powiesz może, że łatwo mi teoretyzować i wytkniesz brak doświadczenia w temacie wychowywania dzieci. Nie zaprzeczysz jednak, że niezależnie od posiadania dzieci lub ich braku, zastanawiająco zły stan zdrowia rosnącego pokolenia powinien zwracać uwagę! 

Wiem, wiem, że fast-foody nęcą i kuszą a rodzicom trudno odmówić proszącej pociesze. Cóż, może łatwiej by było, gdyby sami nie celebrowali śmieciożarcia na każdych zakupach w centrum handlowym, w drodze z kościoła, w kinie i na spacerze? Trudno i bezsensownie zabraniać przecież dzieciom tego, co samemu się uznaje za właściwe. Przykład idzie z góry. Ale kto wychowa rodziców i ile czasu jeszcze upłynie, zanim każdy tata i każda mama, a także babcia, dziadek, ciocia i wujek pójdą po rozum do głowy i że dając dziecku wysoko przetworzone, pełne tłuszczu i cukru jedzenie, nie daje mu się ani dobrego kapitału zdrowotnego, ani szczęśliwego dzieciństwa, ani rozsądnego wzorca na przyszłość?

Problem nadwagi u dzieci jest już bardzo zauważalny i rozliczne kampanie społeczne usiłują zapukać do głów dorosłych, żeby ci zaszczepili swoim dzieciom zdrowe nawyki żywieniowe. Czasu na to jest stosunkowo niewiele - kilka lat zaledwie, do momentu, w którym dziecko i jego jadłospis przestają być pod kontrolą rodziców (zazwyczaj do momentu pójścia do szkoły). Jedną z takich kampanii, skierowaną nie tylko do rodziców i przyszłych rodziców, ale też do szkół i ich uczniów jest akcja "Aktywnie po zdrowie", organizowana przez Fundację Banku Ochrony Środowiska. Nie przychylam się do szczegółowych zaleceń, szczególnie tych dotyczących roli mleka i nabiału w rozwoju dziecka, ale na omówienie tego miejsce znajdzie się w innym poście. Popieram za to ogólną ideę walki z junk-foodem i promocji zdrowego trybu życia.



wtorek, 2 listopada 2010

Skarby pirackie

Już lekko wieje chłodem jesieni, choć nie za mocno na szczęście.  Nie wiem, jak Tobie, ale mi tęskno do morza, do lata, ciepła, słońca i podróży. W kuchennej szafce jest na szczęście ostatni ratunek - skrzynka ze skarbami, które równie dobrze mogły wypaść z pirackiego wora, co ze sklepowej półki... obowiązkowo rum, kakao, kawa, kokos, wanilia, przyprawy i cukier trzcinowy na osłodę.

Biorę 2 łyżki kakao i mieszam z odrobiną zimnego mleka (sojowe). Dodaję 2 łyżki waniliowego budyniu (można pominąć), 4 łyżeczki cukru i... kilka łyżek bardzo mocnej kawy parzonej z cynamonem, kardamonem itd. Wlewam wszystko do wrzącego mleka (ok 500 ml). A kiedy trochę wystygnie, dodaję kielicha rumu. Po przelaniu do szklanek wysypuję na górę porządną warstwę proszku kokosowego (dobrze się rozpuszcza po zmieszaniu) i trochę kakao. Już tylko dla zabawy. 
Roarrrrr... ekhmm, a w każdym razie nie najgorsza namiastka w obliczu nadchodzącej zimy.Nie, tego na pewno nie tknąłby żaden prawdziwy pirat.

Za to na pewno jest tu wszystko, co - jak mniemam - aktualnie chodzi Ci po głowie: kawa, alkohol i słodkości - przynajmniej gdy o spożywczych kwestiach mowa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...