Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 maja 2011

Rzodkiewkowa, czyli Pink Ponk

Dlaczego rzodkiewkowo - brokułowa nie miałaby być równie smaczna, jak kalafiorowo - kalarepkowa?

Osobiście, nie znam żadnej przyczyny, dla której rzodkiewkę zaszufladkowano w kategorii kanapkowo - surówkowej. Fakt, że jako jedna z pierwszych nowalijek, pozwala się cieszyć ostrym kolorem i smakiem  wiosny, a ugotowana już tej ostrości nie ma. Robi się za to słodka, miękka i jakby łagodniejsza. Całkiem smaczna.

Brokuł twierdzi, że znalazł się tu przypadkiem, ale znam ja te przypadki - po prostu chciał kolorystycznie namieszać pomiędzy rzodkiewką i czerwona cebulką. 

Kto jeszcze nie wierzy, jak smaczne może to być połączenie, niech spróbuje. Kolor jest urzekający, bardzo wiosenny, lekki, trochę pikantny smak, w sam raz. Zupa pachnie tymiankiem, bo oczywiście mam jeszcze domowe zioła i wiele z nich radości. A i sama zupa nie jest najgorszym pomysłem w tym, wyjątkowo zimnym maju. Brrr..

W sumie, niczego tej zupie nie brakuje. Jej głównym atutem jest świeży smak i krótka obróbka, dzięki której warzywa zachowują chrupkość i piękne kolory. Jedyne, przed czym ostrzegam to to, że nie szczególnie nadaje się ona do wielokrotnego odgrzewania, bo wtedy kolory stają się bure.


Składniki (na 4 talerze):

* 1 duży pęczek rzodkiewki
* 1 brokuł
* spora cebula czerwona
* przyprawy: sól, pieprz
* zioła: tymianek, koperek
* oliwa


 Najpierw trzeba podgotować pokrojonego w nie duże kawałki brokuła (gotuje się dłużej niż reszta składników). W tym czasie na oliwie podduszamy drobno pokrojoną cebulkę i pokrojoną w ósemki rzodkiewkę. Po chwili przerzucamy wszystko do garnka i gotujemy jeszcze 10-15 minut, aż składniki będą lekko chrupiące, nie rozgotowane. Można dodać jeszcze trochę oliwy do garnka. Po doprawieniu i dodaniu ziół, można od razu podawać. Nie doprawiam zup żadnymi warzywkami, wegetami itd.. Przestałam nawet używać bulionu warzywnego w kostkach, ale jeśli jesteście bardzo do tego smaku przywiązani, to oczywiście można dodać. Według mnie pyszne wyszło i bez tego.

Myślę, że byłoby pysznie posypać to na koniec kiełkami rzodkiewki lub/i brokuła. Ja zagryzę bułką ogrodową, bo jeszcze je mam, haha!

Smaczności.

sobota, 14 maja 2011

zakochaj się w ziołach - kalafiorowa z lubczykiem

Jakie bukiety lubicie dostawać? Ja najbardziej lubię bukiety ziołowe. Mama przysłała mi bukiet ziół prosto z ogrodu... Bazylia, szczypiorek, cząber, pietruszka, tymianek, koperek, jakieś dziwne, nieznane ziele o melonowym smaku (konia z rzędem temu, kto poda jego nazwę - o nim z resztą w innym poście) i... lubczyk. Właśnie, no... lubczyk!

Przecudna pogoda i wiosenna zieleń jest na etapie najbardziej wściekłej manifestacji zieloności własnej. Balkon znalazł się pod parasolem drzewa - ukryty przed spojrzeniami sąsiadów z domu naprzeciwko. Dodatkowo, pojawiły się kwiaty. Jest więc to najmilsze miejsce na obiad.

Z takim arsenałem ziołowym nie mogę nie zrobić pachnącej zielenią zupy. Kalafiorowej się nie odmawia. Lubczykowi się nie mówi "nie". W kalafiorowej z lubczykiem po prostu trzeba się zakochać.








Składniki:


* 1 kalafior
* 1 kalarepa
* 1 ziemniak
* 1 cebula
* oliwa
* zioła: gałązka lubczyku i inne (pietruszka, koperek, szczypiorek) - łącznie ok 4 łyżek posiekanej zieleniny!
* sól, pieprz.

Zwykła, prosta procedura:

Cebulkę kroi się w kostkę, kalarepkę i ziemniak w niezbyt grube paseczki (trochę przypominają pędy bambusa) i poddusza się je razem na oliwie. W tym czasie podzielonego na nieduże cząstki kalafiora gotujemy w sporym garnku, w osolonej wodzie. Następnie łączymy wszystko i gotujemy jeszcze przez chwilę, dopraiwając solą i pieprzem, z dodatkiem ziół. Przed podaniem można zabielić łyżeczką śmietanki kokosowej. 

Najlepiej smakuje na świeżym powietrzu.




---

wtorek, 15 marca 2011

Undergroundowe gotowanie albo nędza na przednówku. Kwiaty w nowej roli.

Przedwiośnie nie rozpieszcza. Do niedawna wcale nie chciałam końca zimy, bo lodowisko było czynne a ja w tym roku opanowałam jako tako jazdę na łyżwach i radości nie było końca... do niedzieli. Skoro więc jedyny sens zimy się zdezaktualizował, niech już się zmieni pora roku. Tylko jak i kiedy? Niby coraz cieplej i słoneczniej (choć może nie dziś akurat, ale wczoraj było przepięknie, kiedy heroicznie zerwałam się po świcie do parku na biegi, w płonnej nadziei na znalezienie zastępstwa dla łyżwowych harców...), niby dni coraz dłuższe i astronomiczna wiosna prawie stuka w szyby, ale do wiosny gastronomicznej jeszcze bardzo bardzo daleko i na nowalijki jeszcze będzie trzeba długo czekać. Póki co bieda i dieta pradziadów, czyli wszystko to, co można latem wyciągnąć z ziemi i skitrać na długą zimę.I koronki po prababce ;-)

Specjalne podziękowania dla pomysłodawczyni prototypu zupy. Dwa dni temu była u mnie czarna owca apostołki  i razem uknułyśmy bardzo smaczną zupę cebulową. Jej już się nie da powtórzyć, tak jak tego miłego wieczoru, więc przedstawiam remake.

Undergroundowa to zupa, bo zrobiona głównie ze wszystkiego, co pod ziemią rosło: jak na zupę cebulową przystało, przede wszystkim z cebuli, której jest ok. pół kilo (czyli 4 duże cebule). Poza tym duża marchew, pietruszka, kawał selera. Do tego przyprawy: ziele angielskie, kmin, kolendra, sól, pieprz, natka pietruszki, cytryna i... kwiaty. Tak, tak - diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Jakiś czas temu nabyłam gotową mieszankę jadalnych kwiatów, a od Pawła dostałam sól kwiatową. Może w tym roku zrobię sobie własną mieszankę, a póki co gotowiec. Są tam chabry, róże, malwa, słonecznik i mięta. Ładnie pachną, jak na kwiaty przystało i wyglądają ciekawie w zupie, sałatce i na lodach.  Dobrze się komponują z warzywnymi aromatami. I są namiastką wiosennych kwiatów, na które też jeszcze przyjdzie długo czekać.

I do rzeczy. Generalnie, z tą zupą jest bardzo, bardzo prosto. Banał. Włoszczyznę pokrojoną w kawałki gotuje się w dużym garnku (3-3,5 l wody). Poza warzywami dorzuciłam 2 kulki ziela angielskiego, 1/2 łyżeczki ziaren kolendry, 1/2 łyżeczki kminu, sól, pieprz i 1/4 dobrze wyszorowanej cytryny ze skórką (jeszcze o tym nie pisałam, ale od jakiegoś czasu niemal do każdej zupy dodaję ćwiartkę, albo nawet połowę cytryny - bardzo ożywia smak i kolory! To hit który podpatrzyłam u Ewci). Jeśli kto woli mocniejszy smak, można się wesprzeć kostkami bulionu warzywnego, które nie są konieczne, ale ułatwiają sprawę.

W tym czasie cebulę pokrojoną byle jak, dość grubo (uwielbiam, kiedy Jamie Oliver mówi o czymś, że jest "coarsly chopped", chociaż w jego wykonaniu "coarsly" to coś zupełnie piękniejszego niż u mnie... ale nie o urodę cebuli mi tu idzie) trzeba zeszklić na oliwie na małym ogniu. Kiedy bulion się porządnie wygotuje, wita się z cebulą i całość jeszcze ok. 30 minut bulgoce pod przykryciem. Potem wyławia się cytrynę, miksuje się zupę na krem i dodaje posiekaną natkę pietruszki. 

Przed samym podaniem posypuje się zupę... kwiatami. (sypanie kwiatów nie bywało moim udziałem w dzieciństwie, a wraca w innej postaci teraz - o, ironio...). Świetnie smakuje z pszennymi grzankami, np z bagietki. W dużych kawałkach. Żeby pachniało ładnie i żeby wszędzie były okruchy. Wtedy nikt nie przegapi, że obiad się dzieje. Dzyń dzyń!!

Wiosna jest już trochę bliżej.








piątek, 7 stycznia 2011

Zielona łąka

Ostatnimi czasy mieszkam u rodziców albo u siostry a niedługo jeszcze trochę pojeżdżę po ludziach, heh. Więc nie szczególnie jest tu czas i miejsce na wykulinarzenia. Wczoraj u magdy trochę pograłam na garach dopiero. How cool is that? Very cool. A właściwie to very warm, bo to zupa :) Dobra zupka zielona z gatunku moich ulubionych jednokolorowych zup.



Na średni garnek zupy:

* 1 por
* 4-5 łodyg selera naciowego
* 1 mała cukinia
* 1 zielona słodka papryka 
* 1 duży ziemniak (niekoniecznie zielony)
* mały kawałek imbiru
* pęczek pietruszki
* 1-2 marchewki pokrojone w "kwiatki"
* kilka plasterków ogórka do dekoracji.
* oliwa

Łatwizna: 

Wszystkie warzywa po kolei (poza marchwią, ogórkiem i pietruszką) podduszam na oliwie, po czym zalewam 1.5 litra wody albo słabego bulionu warzywnego z kostki. W pierwszym przypadku solę trochę więcej, w drugim mniej. Potem gotuję jeszcze chwilkę, żeby ziemniaki zmiękły i smak wyszedł ze wszystkich warzyw. Potem rozdrabniam zupę, ale tak lekko, nie całkiem na krem. Marchewkowe kwiatki dodaję pod sam koniec, już do zmielonej zupy, żeby się nie rozgotowały. Pietruszkę też, żeby nie zmieniła koloru i nie straciła witamin. Po wlaniu do miseczek kwiatki umieszczam na plasterkach ogórka, żeby nie utonęły. Baw się dobrze, sadząc marchewkowe kwiatki na łące zielonej zupy. I smacznego.

czwartek, 11 listopada 2010

Imieniny Dziadka - cztery pokolenia przy moim stole to poważna okazja!

Dziadek miał na imię Marcin i chociaż zawsze nazywany był przez nas dziadkiem Stasiem, to faktem jest, że obchodził 11 listopada swoje  imieniny. I mimo, że od czterech lat nie ma już dziadka między nami, wspominamy go zawsze ciepło i wesoło - bo to był ktoś super ; ktoś wyjątkowy, wspaniały, dzięki komu dzieciństwo było pełne śmiechu. Niech się tylko zbiorę do pisania, a będzie to nie małe tomisko dziadkowych opowieści... o herbacie z cholagogi, o tym, jak chcieli wywołać z bratem koniec świata... i jak przemalowali sąsiadowi krowę, o skarbie w garażu zakopanym i...




A dzisiaj spotkanie rodzinne: Babcia, Rodzice, Magda z mężem i synkiem. Cztery pokolenia przy stole i wyzwanie: jak dogodzić wytrawnym smakoszom mięsnych potraw? Pomysł pojawił się szybko, ale okazał się nieco czasochłonny. Chyba tylko dzięki pomocy Pawła udało się wszystko  na czas dopiąć na ostatni guzik i od wczoraj wieczora przygotować gar pięknej zielonej zupy z porów i brokułów (o niej innym razem, a przy okazji o przepięknej wazie po mojej prababcie) i pieczoną paprykę nadziewaną farszem warzywno - sojowym z kolorowym ryżem i sosem pomidorowym.



Do przygotowania papryki faszerowanej potrzebujesz:

- 8 papryk (lub mniej, podaję proporcje z mojej dużej porcji rodzinnej)
- paczkę granulatu sojowego
- 2-3 cebule
- 4 marchwie
- 1 sporą pietruszkę (korzeń)
- dużą garść natki pietruszki, koperku albo innej zieleniny
- ćwiartkę selera
- 500 g pieczarek
- inne warzywa, jeśli chcesz
- przyprawy - u mnie tylko sól i pieprz

Granulat ugotowałam według przepisu z opakowania, odcedziłam. Cebulę podsmażyłam na oliwie z pieczarkami, potem dodałam stopniowo pozostałe warzywa rozdrobnione w malakserze  (można pokroić, albo zetrzeć na tarce), na końcu zieleninę i przyprawy. Wszystko  wymieszałam z soją.

Kiedy farsz się dusił w garnku, nagrzałam piekarnik do 200 stopni i włożyłam do niego umytą i wydrążoną paprykę  na ok 20 minut. Dzięki temu zmiękła trochę i nie będzie trzeba już tak długo później trzymać jej w piekarniku.

Po wyjęciu papryki nadziałam każdą farszem, lekko ugniatając, umieściłam w foremce i zakryłam folią aluminiową. W piekarniku o temp. 200 stopni spędziła godzinę (efekt był taki, że po wyjęciu papryka była sprężysta, nie całkiem rozgotowana, ale wiem, że nie każdemu to odpowiada, więc w razie czego można potrzymać dłużej)

W tym czasie robimy sos pomidorowy:

- 1 cebula
- 4 duże pomidory (+ łyżka koncentratu pomidorowego)
- 1 duża czerwona papryka
- natka pietruszki, sól, pieprz, chilli

Sos jest super łatwy: do cebulki pokrojonej w kostkę i zeszklonej na oliwie dokładam najpierw paprykę pokrojoną w kostkę a potem, kiedy wszystko się ładnie podsmaży, pomidory. Dusze pod przykryciem, aż pomidory całkiem się rozgotują, dodaję koncentrat (albo sos pomidorowy), pietruszkę,przyprawy, ewentualnie podlewam wodą. Potem wszystko dokładnie rozdrabniam blenderem na gładki sos.


Papryka jeszcze pewnie siedzi w piekarniku, czas więc na kolorowy ryż. Potrzebne składniki:

- ryż sypki albo w paczkach - ile masz ochotę (ja ugotowałam kilogram i męczyłam się z jego obecnością przez kilka następnych dni... więc polecam 400-500 g albo 4 torebki po prostu)
- kurkuma (kolor zółty)
- koncentrat pomidorowy i tandori masala (kolor czerwony)
- szpinak i zielenina (kolor zielony)
- 1 papryka zółta, 1 zielona, 1 czerwona

Ugotowany na sypko ryż podzieliłam na 4 równe części. Jedną pozostawiłam w naturalnym kolorze, drugą ubarwiłam na żółto odrobiną kurkumy (może być curry, jeśli nie przeszkadza Ci intensywny smak tej przyprawy), trzecią na czerwono przy pomocy koncentratu pomidorowego (nie za dużo, żeby nie było kwaśne) i tandori massala (ale sprawdzi się też suszona papryka słodka np.) a czwartą na zielono, mieszając z kilkoma łyżkami szpinaku (rozdrobniony z mrożonki, podduszony z czosnkiem, solą i pieprzem) i pietruszką.

Ułożyłam wszystko na talerzu wydzielając kolorowe części. Kolorową paprykę pokroiłam w drobną kostkę i ułożyłam w miseczkach obok. Wyjęłam z piekarnika paprykę, sos pomidorowy przelałam do ładnej miski.

Po wyjęciu z piekarnika faszerowana papryka prezentowała się świetnie, pachniała pięknie i smakowała wyśmienicie z sosem pomidorowym. Kolory ryżu zdobyły oczy, żołądki i, ostatecznie, serca mojej rodziny.

Byli(śmy) zadowoleni.

Polecam bardzo!

wtorek, 9 listopada 2010

Ale Meksyk! Krupnik pełen bałaganu.


To jest... krupnik to jest, najogólniej rzecz ujmując. Zupa zrobiona na wywarze z włoszczyzny, z dodatkiem kaszy i ziemniaków... oraz: czerwonej fasolki, papryki, chilli i pomidorów. Ha ha! Totalny Meksyk, kochani, a właściwie to meksyk. Częściowo rozdrobniona, sowicie doprawiona natką z pietruszki. Zrobiło się dziś już dosyć zimno i to chyba całkiem uzasadnione, że przez cały dzień myślę tylko o ciepłej zupce.

wtorek, 26 października 2010

Jezioro Łabędzie

No to może prosto z mostu: zupa ta mniam, nazwę swoją zawdzięcza obecności... no tak, glonów. Wrzuciłam do niej kilka łyżeczek sproszkowanej spiruliny, która nie wpłynęła zauważalnie na smak całości (nie stwierdzono w teście smakowym, któremu poddano nieświadomego współlokatora i towarzysza posiłku). Z pewnością, natomiast, podniosła jej walory odżywcze. To bardzo pożywna zupka, w sam raz na taki zimny dzień.

Wśród składników znalazły się też: brokuły, cukinia, por, seler, pietruszka, ziemniaki, zioła, siemię lniane. W różnych proporcjach - tak, żeby zupa była dosyć gęsta, pożądnie warzywna. Całość jest tylko częściowo rozdrobniona.

Zupa ma co prawda kolor jesiennego stawu (może zadużo się nadreptałam dziś wokół tego oczka na Łęgach...) ale podejrzewam, że jest nieco lepsza w smaku. Jest bardzo smaczna.

poniedziałek, 4 października 2010

Dynia does the job in Kcynia

Wymian pokoleniowa. Babcia pokochała moją dyniową i powiedziała, że też zrobi. Znowu wielki gar się uczynił - ale tym razem więcej osób do podziału. Dynia urosła u mojej babci na działce. Zupa była słodsza niż wszystkie wcześniej przeze mnie robione - bo i korbol (tak się tu mówi na dynie) bardzo dojrzały i przepomarańczowy. No i babcia powiedziała, że jeśli dożyje przyszłego roku to specjalnie wysieje nowe korbole. Gites. Ja bym bardzo chciała, żeby dożyła i gdyby to od ilości ugotowanej zupy mogło zależeć, byłaby codziennie na stole :)

Jery, to wygląda, jakbym już teraz nic innego nie jadła, ale po prostu lubię korzystać z sezonowych hitów.



Tym razem znowu z tajemniczym zielem mojej mamy (spory bukiet tego cuda jedzie ze mną do Poznania - klękajcie, narody!!!).


Ten obrus jest wyjątkowy. Wielki, biały koronkowy, bawełniany, piękny. Stare koronki mają coś w sobie, mhm? Ten obrus leżał zawsze na stole w jadalni rodziców mojej mamy, teraz lezy w jadalni moich rodziców, a kiedyś... kto wie?

piątek, 1 października 2010

Jeszcze cukinia


I to pod dwiema postaciami:

czyli zupa z cukinii i brokułów (chyba moja ulubiona - na to wychodzi)
i  plastry DUŻEJ cukinii panierowane i pieczone na patelni. Mmmm...

Tu nie trza komentować, więc słów kilka o sosie pomidorowym, 
który jest pyszny i można go zrobić dużo na raz i przechować
na później w słoiku albo pudełku. W moim domu rodzinnym dość
często był przygotowywany w zastępstwie keczup, który wszystkie 
dzieci lubi, a który jest raczej nie zdrowy.Ten sos, za to, to same 
warzywne rarytasy: na oliwie 1 duża cebula, kilka ząbków czosnku,
Duża papryka czerwona i sporo pomidorów. Może wpaść tam też 
trochę chili i obowiązkowo zioła - oregano, bazylia, tymianek i inne.
Sól, pieprz, i przyprawy możesz dodać w ilości, jaka Ci odpowiada
Kiedy wszystko się poddusi, zmięknie i praktycznie... eee... rozgotuje,
należy to rozdrobnić blenderem i ostudzić. Ten sos nadaje się do 
wszystkiego, do kanapek, warzyw, frytek, zupy, na ciepło i zimno...
Możesz go przechowywać w lodówce tydzień. Można tez zaprawiać.

Keczup won!

wtorek, 28 września 2010

Addio, pomidorry!




Minął sierpień, mija wrzesień, znów październik i ta jesień... Ale, ale! Nie ma zgody! Jeszcze czas pomidorówek na naturalnych pomidorach nie przeminął!


To jest dziwna pomidorówka, czy raczej czerwona zupa po prostu. Nie dlatego nawet, że bez śmietany (pamiętam aż nazbyt dobrze moje dzieciństwo z pomidorówką na kremówce), całkiem nie zabielana, wegańska. Przepis dziecinnie prosty dorzucę, jeśli chcesz, tylko daj znać.

No... nie wygląda przecudo!?

Aha. No dziś (bo zupa jest od wczoraj) nie ma ryżu ani makaronu - jak to zniesiesz? Zniesiesz to świetnie bo są placki. Z mąki ciecierzycowej. Mąka ciecierzycowa to moje odkrycie sprzed miesiąca - bardzo zdrowa, świetna do wszelkich placków i naleśników, panierowania (np bakłażana!!) bezglutenowa. Nie próbowałam jeszcze, ale na opakowaniu znajduje się także rekomendacja kosmetyczna - podobno maseczka z gram flour należy do bardzo dobroczynnych specjałów. Kosztuje co prawda prawie dychę za kilo, ale warto.

 
A te placki?? To po prostu mąka z ciecierzycy, łyżka kartoflanki, szczypta sody, woda, oliwa, sól, pieprz, tandori masala. Cienkie placki z ciasta o konsystencji gęstego naleśnikowego piecze się z dwóch stron na gorącej patelni. Po upieczeniu połamałam placki w trójkąty, polałam olejem lnianym, pastą sezamową i dorzuciłam bukiecik pietruszki. Oczywiście może być sama oliwa i pietruszka - też bomba.

Zrób sobie to też!! No, zrób. Dobre.

wtorek, 7 września 2010

Ofiara dla Zupataca - azteckiego boga z chochlami u ramion

Kto rano wstaje... ten ma wcześniej obiad. Są takie dni, że o trzynastej wjeżdża dopiero śniadanie (tak, tak, uczciwie pracujący ludzie tego świata załamują ręce nad niewyobrażalnym wręcz obiboctwem tak zwanej przyszłości narodu...). Nie dziś. Nie, bo nad głową remont i tłuczenie ścian w mieszkaniu powyżej. W głowie stado kangurów skacze w najlepsze po moich zwojach. Czekająca na dokończenie pisanina bardzo nie lubi takich odgłosów!! Bardzo nie lubi.... Bar-dzo-nie-lu-bi! Łup, łup, łup...Faaaaak!

Nie mogę się skupić, drogie stado torbaczy! Spakować torby i spieprzać łaskawie w podskokach do Australii - może was odwiedzę. Baja kon dijos, proszę, wszystko wam obiecam, tylko sio!

Czy to już paranoja? Może wejść pod stół i zwinąć się w kłębek, a może coś na nim postawić, bo jak tak wszędzie dudni, to i kiszki marsza grają? Najszybciej na świecie można zawsze zrobić zupę, wiesz? Myślę (ale to myśl paranoiczki, wiec bez przesady, nie bierz tego do siebie), że gdyby Aztekowie (skąd do diabła oni się nagle wzięli w mieszkaniu pełnym kangurów i kujących ściany facetów?) robili krupnik ku czci chochlorękiego bóstwa Zupataca, to tak by on może wyglądał. Na przebłaganie oddalenia hałasów z i znad głowy.

 


Zamiast kaszy jest quinoa (czyli komosa ryżowa), wyniesiona z domu kolegi w kieszeni (gracias, amigo). Poza tym przyjęłam super szybki wariant (kto widział stać u gara, gdy we własnym garze wolny ring torbaczy...). Na oliwie poddusiłam paseczki pora, marchew - częściowo startą, częściowo w plasterkach, ziemniaki w kostkę i różne suszone warzywa zamiast vegety. W garnku podgotowałam quinoa, tak do 3/4 (ok '15) Kiedy na patelni się poddusi, a w garnku podgotuje, trzeba połączyć - preferuję wariant "z gara do patelni (w ogóle, często robię zupę na patelni...yyyy...). wody dodać, jeśli mało, doprawić - solą, chili, listkami kolendry, innymi przyprawami, które się lubi. Gotuje się potem jeszcze około '5-'10, aż ziemniaki i quinoa będą miękkie. Przy odrobinie szczęścia marchewka pozostanie chrupka.

No dobre. Jasne, że kanapkę zrobisz w czasie krótszym niż '20, ale to jest lepsze. A ja na tym straganie propaguję miłość do lepszego.

Polub quinoa! Kiedyś spróbowałam sałatki, w której to było i się zachwyciłam. Bardzo dobre, sprawdza się do wszystkiego, do czego dodaje się ryż albo kaszę. Zdrowe i smaczne. Kosztuje niecałe 10 zł za pół kilo. Można i warto przełknąć! Czyli zrobisz sobie taki krupnias, tak? Uściski.

piątek, 3 września 2010

Relacja z Tajnego Zgromadzenia

PRZEJĘCIE PAŁACU KULTURY

Relacje z Tajnego Zgromadzenia mającego na celu Przejęcie Pałacu Kultury odczytała Madzia nad pustymi talerzami po zupie dyniowej. Dobra zupa to była (long live ta zupa!), z dodatkiem marchewki, sporą ilością imbiru, gałki muszkatołowej i świeżych ziół (w tym jednego tajemnego składnika - ziela o melonowym aromacie, które pochodzi od mamy z działki i nikt nie zna jego nazwy...). No i mleko kokosowe. Wytwór wspólny KwK i MvH. Magda (AKA Afrodyta lub Żona niemieckiego Dyplomaty) i Paweł (czyli Biskup Tiru-Riru) uznali za stosowne ozdobić zupę parmezanem. Ja z innej, ale też włoskiej mańki - mielone orzechy włoskie. No, kurde. dobre to było. Objedli się a do tego wypili łyk australijskiego słońca z odkorkowanej zielonej butelki.


Skromny cytat z początku opowiadania, na zachętę:


"O zbiórce historyków sztuki o 3 w nocy pod Pałacem Kultury wiedzieli tylko specjalnie wyedukowani! Bardzo inteligentni ludzie z Poznania, którzy utworzyli Tajemne Zgromadzenie, mające na celu przejęcie Pałacu Kultury. Władzio stanął na czele tej organizacji, bo Pałac byłby spełnieniem jego wieloletnich, radykalnych planów na polu kultury [...] Jego dziewczyna o ksywie Wybranka św. Mikołaja też należała do tej bandy inteligentów i w realizacji odważnego posunięcia miała odegrać kluczową, lecz wcale nieoczywistą rolę."

Oraz - nie mogę sobie tego odmówić: charakterystyka wstępna postaci szczególnie mnie interesującej :)


"Tuż za tą pannicą balowym krokiem zjawiła się AKP, lecz chyba nikt jeszcze nie wie co ten skrót oznacza… Tak, lapidarna ksywa musi dotyczyć prawdziwej kobiety, która żadnej pracy się nie boi i w każdej chwili skłonna jest sama rozwiązać zagadkę własnego istnienia w społeczeństwie. I tym właśnie się zajmowała przez cały czas AKP oraz tym samym w obecnych okolicznościach. Była w TZ Pierwszą Deszyfrystką. Miała za zadanie łamać najtrudniejsze kody komunikacyjne, piny wejściowe, ale także obezwładniać strażników, przechytrzać system skomplikowanych alarmów tkwiących w ludzkich umysłach płci męskiej."

I na koniec zupa po raz wtóry. Godna spisku. Godna grzechu... godna głodnych. Wiwat kulinarno-bloggerskie fuzje! Wiwat dynia! Wiwat!

środa, 21 kwietnia 2010

Prezenty od Przyjaciół z Lasu

Plan na zupę grzybową był od dawna. Trochę może razić, bo gdzie, wiosną o grzybach, ale apetyt nie sługa. Muszę coś zjeść zanim zabiorę się do pracy, nie ma czasu. Pomysł lekko wywrotowy (bez związku z widocznym na zdjęciu muchomorem). Wywrotowość czai się w składnikach. Poza suszonymi grzybami, pojawiają się orzechy włoskie, kardamon i kakao. Luzujcie uprzedzenia.

Prezenty od Przyjaciół z Lasu:
- 1,5 l. bulionu warzywnego (albo lekko osolonej wody, jeśli ktoś jest raczej ortodoksem kuchennym)
- 3-4 garści suszonych grzybów leśnych
- 1 cebula
- 2 łyżki oliwy
- 2-3 łyżki drobno zmielonych orzechów włoskich
- 1 łyżeczka ciemnego kakao
- szczypta kardamonu (ew. cynamonu też)
- sól, pieprz, pietruszka
- mleko kokosowe do zabielania
- w wersji dla bardziej głodnych: drobny makaron albo kasza perłowa.

Teraz przede mną kilka łatwych czynności: Grzyby gotuję w niedużej ilości wody (ok. 0,5 litra). Wyławiam je z wywaru po ok. 15 minutach od zagotowania i siekam. Wywaru spod grzybów nie wylewam, bo się zaraz przyda. Kiedy gotują się grzyby, cebulę podsmażam, dodaję potem grzyby, zmielone orzechy, doprawiam pieprzem (grzyby lubią pieprz) i lekko solą. Kiedy się to poddusi porządnie, dolewam trochę wywaru grzybowego. Po chwili przekładam wszystko do garnka z warzywnym bulionem, dolewam resztę grzybowego wywaru i gotuję ok. 20 minut, dodając szczyptę kardamonu i łyżeczkę ciemnego kakao. Po ugotowaniu rozdrabniam tak, żeby ślad grzybka został. Zupa jest gęsta, ale drobny makaron (literki!!) albo kasza nie zaszkodzą głodniejszym niedźwiadkom. Przed podaniem dodaję trochę mleka kokosowego i posypuje pietruszką. 


Pamiętam, że kiedyś po prostu gotując grzybową, chciałam, żeby miała ładniejszy kolor, więc dodałam kakao. Kakao skojarzyło mi się z czekoladą, a czekolada z orzechami. Przez te dziwne składniki zupa nie tylko zyskuje czekoladową barwę, ale oczywiście z jej smakiem też dzieje się coś... bardzo niezwykłego i dobrego. Z orzechów wydobywa się charakterystyczna delikatna gorycz, a kakao dodaje aksamitnego posmaku. Wyczuwalna obecność orientalnych przypraw wprawia ośrodek zadowolenia w wibracje. Hm, to wszystko zaczyna brzmieć lekko skomplikowanie, a zupa jest przecież czymś całkiem zwyczajnym. Chyba się nakręcam a to znak, że czas już wrócić do sztuki, nie koniecznie kulinarnej. No ja to jednak lubię.
 



środa, 24 marca 2010

Dupa Cukinii

W imieniu Redakcji dziękuję za wszystkie nadesłane odpowiedzi. Informuję ponadto, że synogarlice pocztowe niestety nie powrócą, gdyż nie pozostawiono adresów zwrotnych. Nie wykluczone, że dzięki społecznemu temu gapiostwu już wkrótce pojawi się przepis na gołąbki. A póki co, stosownie do sugestii, przepis na zupę z dupy cukinii. Na początek, poznajmy ją. Dupa cukinii wygląda tak: (Uwaga! Równie dobrze może znajdować się z drugiej strony):

Poza tym, że jest warzywem podwójnie dupiastym (jak nie próbować, zawsze zaczynamy od dupy strony), cukinia ma wiele zalet. Niesłusznie uznawana za warzywo mdłe, kojarzy się z tym, że na patelni zmienia się w papkę... Nie można się chyba mylić bardziej w kwestii chrupiącej cukinii. Jej potencjał jako składnika potraw jest całkiem spory. Warto powiedzieć, jakkolwiek by to zabrzmiało, że w przypadku cukinii liczy się rozmiar. Do większości dań używam małych cukinii, nie większych niż ogórki. Staram się wybierać nie przerośnięte - praktycznie nie ma w nich pestek i dobrze zachowują kształt w czasie przyrządzania (nie ma w nich jeszcze tego gąbczastego środka). Wyjątek stanowi cukinia faszerowana, z której i tak usuwam środek, żeby następnie zastąpić go nadzieniem. O surówkach, zapiekankach i faszerowaniu cukinii oraz o jej obłędnej, choć całkiem przypadkowej karierze jako składnika kanapek (po zamarynowaniu), będzie jeszcze czas opowiedzieć. Tymczasem - dupa....ehm, pardon...zupa.

PORA NA CUKINIĘ:
- 1 por
- 2-3 nieduże cukinie
- oliwa
- zielona pietruszka
- koperek
- pestki dyni
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa, imbir


Zrobić było to prosto: półkrążki pora i plasterki cukinii podsmażyłam na dużej patelni (sama najpierw cukinię przez moment, dopiero później dodałam pora, który dość łatwo przypalić). Kiedy wszystko zrobiło się szkliste, ale nadal jeszcze było zielone, przełożyłam warzywa do garnka i dolałam do 1,5 litra bulionu warzywnego z  kostki (jestem leniem, półprodukty mnie ratują) i natkę pietruszki. Po 30 minutach gotowania zupa jest gotowa. Trzeba ją jeszcze doprawić - według uznania solą i pieprzem, a KONIECZNIE szczyptą gałki muszkatołowej i imbiru.

Zupę można gładko skremować (= zmiksować na gładki krem), wymieszać z podpieczonymi na patelni pestkami dyni, podawać ze świeżym koperkiem i jogurtem (jak zrobić ten bajerancki szlaczek na zupie? Delikatnie wpuścić jogurt na środek talerza. Kiedy lekko opadnie, drugim końcem łyżki "wyciągnąć" jogurt na boki płynnym ruchem) Jest to kolejna propozycja kulinarna o zerowym stopniu trudności, prezentująca jednak coś w rodzaju własnej smakowej poetyki. To mariaż słodkiej, delikatnej cukinii i wyrazistego, aromatycznego pora, pobłogosławiony przez pikantno - gorzkie przyprawy i zielone dodatki. Nietypowy happy-end tej pary wyraża się tu w słowach "i żyli krótko i uszczęśliwili wielu" - bo zupa znika bardzo szybko.

Amen.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...