Myślę sobie, co tu wtranżolić, w taki dzień listopadowy...
W sumie to wszystko jedno, nie jestem wybredna. Tylko niech by to było jednocześnie ostre i łagodne, słodkie i cierpkie, soczyste i treściwe i niech to będzie coś nowego. A do tego niech ma dużo witamin, ale żeby się można było najeść... A w ogóle to chodzi za mną pietruszka od kilku dni.
Pewnie każdy słyszał kiedyś o sałatce TABOULE? Popularna rzecz: kuskus, pomidor, ogórek, papryka, natka, oliwa, sok z cytryny. Ale to nie to. Wczoraj znalazłam przepis na coś nieco innego, mniej kaszowego (kuskus jest u mnie na cenzurowanym jako typowa bezwartościowa choć smaczna kasza) surówkę z natki pietruszki, co doskonale odpowiada mojemu nieustającemu od kilku dni chciejstwu zieleniny., chciejstwu witamin i ogólnie chciejstwu. Po drobnej modyfikacji wyszło chyba coś w sam raz na wielkie listopadowe niezdecydowanie.
Dwa spore pęczki natki pietruszki (w obliczu braku liści na drzewach trzeba się ratować choćby zielonym liściem doustnie!!) potraktowałam jak w przepisie: odmoczyłam w słonej wodzie, osuszyłam, oddzieliłam listki od łodyżek i posiekałam je (listki) drobno. Dodałam też garść posiekanych listków świeżej mięty z parapetu. Potem dodałam kilka łyżek kuskusu* z sokiem z cytryny (niecałe pół), sól, pieprz, oliwę i 2 nieduże pomidorki pokrojone w drobną kostkę i odsączone.
Po wymieszaniu nie smakowało zabójczo. dopiero po odstawieniu nabrało smaku. To nie jest duża porcja ale na zakąskę dla 4 osób styczy. Z resztą, tego się nie da wtranżolić (tak, to moje ulubione słówko ostatnimi czasy) zbyt dużo.
A te kokilki są przepiękne, co? To efekt szczerego zachwytu, który wyraziłam będąc kiedyś u Basi. Jak się okazało, ona za nimi nie przepada, więc dostały mi się dwie urocze miseczki z pszczółkami, które są w jesienne szarugi ogromną osłodą. Niby mała rzecz, a cieszy - jak to z drobiazgami bywa.
* gwarancja sypkości: wsypuje kuskus do kubeczka/miski i zalewam wrzątkiem 1 cm powyżej powierzchni kaszy; zakrywam; po 10 minutach odkrywam i kiedy wystygnie, kruszę widelcem.
Dwa spore pęczki natki pietruszki (w obliczu braku liści na drzewach trzeba się ratować choćby zielonym liściem doustnie!!) potraktowałam jak w przepisie: odmoczyłam w słonej wodzie, osuszyłam, oddzieliłam listki od łodyżek i posiekałam je (listki) drobno. Dodałam też garść posiekanych listków świeżej mięty z parapetu. Potem dodałam kilka łyżek kuskusu* z sokiem z cytryny (niecałe pół), sól, pieprz, oliwę i 2 nieduże pomidorki pokrojone w drobną kostkę i odsączone.
Po wymieszaniu nie smakowało zabójczo. dopiero po odstawieniu nabrało smaku. To nie jest duża porcja ale na zakąskę dla 4 osób styczy. Z resztą, tego się nie da wtranżolić (tak, to moje ulubione słówko ostatnimi czasy) zbyt dużo.
A te kokilki są przepiękne, co? To efekt szczerego zachwytu, który wyraziłam będąc kiedyś u Basi. Jak się okazało, ona za nimi nie przepada, więc dostały mi się dwie urocze miseczki z pszczółkami, które są w jesienne szarugi ogromną osłodą. Niby mała rzecz, a cieszy - jak to z drobiazgami bywa.
* gwarancja sypkości: wsypuje kuskus do kubeczka/miski i zalewam wrzątkiem 1 cm powyżej powierzchni kaszy; zakrywam; po 10 minutach odkrywam i kiedy wystygnie, kruszę widelcem.

