Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 stycznia 2011

Kolacja na serio, bo buraki są podobno poważne!



Na zdjęciu obok jest Ola. To było ze dwa lata temu, w poprzednim mieszkaniu, w kuchni, w której wszystko się zaczęło. Dawno i szczerze mówiąc wzrusza mnie trochę powracanie do tamtego czasu. Naprawdę wiele z tego, co się stało później, było wtedy zupełnie nie do pomyślenia. Nie to, że żal. Raczej poważny (!) namysł. A może bez filozofowania lepiej. Chociaż Tom Robbins nawet na temat buraków filozofuje:

Słowianie zawdzięczają urodę ziemniakom, wieczny niepokój rzodkwi, powagę burakom. Burak to najbardziej emocjonalne z warzyw. Trzeba co prawda przyznać, że rzodkiew jest bardziej rozgorączkowana, lecz płomień rzodkwi to zimny płomień, płomień niezadowolenia, nie zaś namiętności. Pomidory mają w sobie lubieżność, ale podszytą frywolną nutą. Buraki charakteryzuje śmiertelna powaga. Burak to melancholijne warzywo, cierpi najchętniej ze wszystkich. Nie da się wycisnąć krwi z rzepy. Burak był ulubionym warzywem Rasputina. Widać to w jego oczach. (T. Robbins, Perfumy w rytmie Jitterbuga). Cóż... no, ja nie wiem, czy sympatię do buraków widać też w moich oczach, ale jeśli tak, to w tym jednym przypominam Rasputina. Hehhe.




Przepis na kaszę z burakami zgapiłam w dużej części od mojej siostry, która z kolei wzięła go z jednej z książek Nigelli Lawson. Tam nazywało się to szumnie orzotto. Czyli jak risotto, tylko z kaszy. Ciekawe. Potrawa tak prosta, bazująca na pęczaku (matko! od dzieciństwa kojarzył mi się tylko z zanętą na ryby, które łowił mój tata, a to takie dobre!!!)... przynajmniej nad Wisłą powinna mieć jednak bardziej swojską nazwę. Jaką? Czekam na pomysły. 

A tymczasem przepis (porcja dla 2-3 osób):

* 2 cebule
* 250 g. kaszy jęczmiennej ("pęczak")
* 4 średnie buraki
* 600 ml bulionu warzywnego
* łyżka suszonego tymianku
* mały (winter size) pęczek pietruszki i koperku
* sól, pieprz
* oliwa
* 100 ml białego wina/wermutu
* mleko kokosowe (To opcjonalnie. Ja nie dodałam przez roztargnienie, ale na pewno byłoby jeszcze lepsze)

Jedyna trudność polega na tym, że buraki gotują się dość długo (ok 2h) i długo też stygną (a muszą wystygnąć, żeby się dały obrać i pokroić), więc lepiej je ugotować poprzedniego dnia, albo rano. Dobrze umyć i ugotować w osolonej wodzie, którą spokojnie można zostawić na zupę buraczkową. 

Mając ugotowane i ostudzone buraki, zabieram się do reszty - pójdzie już szybko. 

Cebulę pokrojoną w kostkę zeszkliłam na oliwie w dużym garnku. Trochę posoliłam - wtedy się podobno nie przypala. Tymianek roztarty w dłoniach pachnie jak cała włoska łąka - i to wpadło następne do garnka.  Dobry początek. Jeszcze chwilę razem się dusiło na małym ogniu. Kiedy tymianek zaczął pachnieć na pół domu, dolałam wino. Jakieś portugalskie. Pół kieliszka do garnka, pół do gardła - sprawiedliwy układ. Poczekałam, aż wino się zredukuje. Teraz czas na kaszę. Wcześniej wypłukana i odsączona też trafiła do garnka. Trochę soli, trochę pieprzu - ot, cała historia. Wciąż na niedużym ogniu, ale już pod przykryciem, poddusiłam to jeszcze kilka minut, raz po raz mieszając. Po ok 5 minutach, do kaszy dolałam wrzący bulion warzywny. Zabulgotało. Zamieszałam, przykryłam.

W tym czasie ciach- ciach: trzy buraki w kostkę (taką 1 cm), a jeden do malaksera i (najlepiej pewnie z kilkoma łyżkami mleka kokosowego) na papkę. 

Kiedy kasza była już prawie ugotowana (po ok 20 min.), dorzuciłam buraki. Teraz trzeba mieszać trochę częściej, bo w burakach sporo cukru, więc mogą się łatwo przypalić. Jeszcze tylko cudowna zielenina, czyli pietruszka i koperek i po chwili (ok 10 min., zależy czy kasza miękka) można nakładać. Jedyne, na co trzeba patrzeć, to jak kasza wchłania płyny. Jeśli słabo - odkryj garnek, zwiększ trochę płomień i mieszaj.

To jest naprawdę smaczne, naprawdę zdrowe i naprawdę solidne. 

No, i tak jak wspomniałam - czekam na propozycję nazwy. Bo przecież nie orzotto, ale też nie...kaszotto. 


poniedziałek, 29 listopada 2010

kasza raz dwa - w sam raz na raz :)


I w sam raz na minus siedemnaście, zapowiadane na dzisiejsza noc. Pierwsza taka mroźna noc w roku ma to być. Patent na kaszę mam od mamy. Niewiele znam takich prostych i dobrych, nie nudzących się nigdy potraw co kasza z warzywami. A najlepsze, że powstaje naprawdę szybko i nie może się nie udać.

wtorek, 9 listopada 2010

Ale Meksyk! Krupnik pełen bałaganu.


To jest... krupnik to jest, najogólniej rzecz ujmując. Zupa zrobiona na wywarze z włoszczyzny, z dodatkiem kaszy i ziemniaków... oraz: czerwonej fasolki, papryki, chilli i pomidorów. Ha ha! Totalny Meksyk, kochani, a właściwie to meksyk. Częściowo rozdrobniona, sowicie doprawiona natką z pietruszki. Zrobiło się dziś już dosyć zimno i to chyba całkiem uzasadnione, że przez cały dzień myślę tylko o ciepłej zupce.

wtorek, 7 września 2010

Ofiara dla Zupataca - azteckiego boga z chochlami u ramion

Kto rano wstaje... ten ma wcześniej obiad. Są takie dni, że o trzynastej wjeżdża dopiero śniadanie (tak, tak, uczciwie pracujący ludzie tego świata załamują ręce nad niewyobrażalnym wręcz obiboctwem tak zwanej przyszłości narodu...). Nie dziś. Nie, bo nad głową remont i tłuczenie ścian w mieszkaniu powyżej. W głowie stado kangurów skacze w najlepsze po moich zwojach. Czekająca na dokończenie pisanina bardzo nie lubi takich odgłosów!! Bardzo nie lubi.... Bar-dzo-nie-lu-bi! Łup, łup, łup...Faaaaak!

Nie mogę się skupić, drogie stado torbaczy! Spakować torby i spieprzać łaskawie w podskokach do Australii - może was odwiedzę. Baja kon dijos, proszę, wszystko wam obiecam, tylko sio!

Czy to już paranoja? Może wejść pod stół i zwinąć się w kłębek, a może coś na nim postawić, bo jak tak wszędzie dudni, to i kiszki marsza grają? Najszybciej na świecie można zawsze zrobić zupę, wiesz? Myślę (ale to myśl paranoiczki, wiec bez przesady, nie bierz tego do siebie), że gdyby Aztekowie (skąd do diabła oni się nagle wzięli w mieszkaniu pełnym kangurów i kujących ściany facetów?) robili krupnik ku czci chochlorękiego bóstwa Zupataca, to tak by on może wyglądał. Na przebłaganie oddalenia hałasów z i znad głowy.

 


Zamiast kaszy jest quinoa (czyli komosa ryżowa), wyniesiona z domu kolegi w kieszeni (gracias, amigo). Poza tym przyjęłam super szybki wariant (kto widział stać u gara, gdy we własnym garze wolny ring torbaczy...). Na oliwie poddusiłam paseczki pora, marchew - częściowo startą, częściowo w plasterkach, ziemniaki w kostkę i różne suszone warzywa zamiast vegety. W garnku podgotowałam quinoa, tak do 3/4 (ok '15) Kiedy na patelni się poddusi, a w garnku podgotuje, trzeba połączyć - preferuję wariant "z gara do patelni (w ogóle, często robię zupę na patelni...yyyy...). wody dodać, jeśli mało, doprawić - solą, chili, listkami kolendry, innymi przyprawami, które się lubi. Gotuje się potem jeszcze około '5-'10, aż ziemniaki i quinoa będą miękkie. Przy odrobinie szczęścia marchewka pozostanie chrupka.

No dobre. Jasne, że kanapkę zrobisz w czasie krótszym niż '20, ale to jest lepsze. A ja na tym straganie propaguję miłość do lepszego.

Polub quinoa! Kiedyś spróbowałam sałatki, w której to było i się zachwyciłam. Bardzo dobre, sprawdza się do wszystkiego, do czego dodaje się ryż albo kaszę. Zdrowe i smaczne. Kosztuje niecałe 10 zł za pół kilo. Można i warto przełknąć! Czyli zrobisz sobie taki krupnias, tak? Uściski.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...