Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cebula. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2011

Ratatuj pizza, czyli bieda nad Śródziemnym.

Pizza to takie biedne włoskie jedzenie.

Ratatouille to takie biedne francuskie jedzenie.

Uwielbiam i jedno i drugie i je oba razem. Zrobiłam pizzę z ratatouille.

Najprościej na świecie: najpierw upichciłam ratatouille, potem na spodzie od pizzy (ciasto kupiłam gotowe, zła ja) rozłożywszy, upiekłam. Smakowitość. A w dodatku w parku, na kocyku, w miłym towarzystwie TiruRiru i Dorotki. Przygotowaliśmy się wybornie: chłodne białe wino, espresso w termosie, prawdziwe, nie jednorazowe naczynia i sztućce. Tak lubię. O, jak lubię!




Ratatouille pizza:
* 1 ciasto do pizzy
* 3 cebule
* 2 papryki
* 1 cukinia
* bakłażan
* 4 pomidory
* 1 łyżka suszonego tymianku
* pęczek natki pietruszki
* oliwa
* sól, pieprz

Ciasto leżakuje na razie w lodówce. A my kroimy. Co najlepsze, wszystko kroi się w duże, mało eleganckie kawałki. Bardzo mi się podoba to krojenie na łapu capu, chociaż krojenie - jako takie - to jedna z moich ulubionych czynności i jedyny w swoim rodzaju sposób na zen w ciągu dnia.

A więc, cebulę w duże pióra, paprykę w konkretne paski, cukinię w plastry, bakłażan w kostkę, pomidor w dowolne cząstki. I pietruszkę rach – ciach, też bez specjalnego sentymentu.

Jedyne warzywo, któremu trzeba poświęcić trochę więcej uwagi jest bakłażan. Przed pokrojeniem go w kostkę, plastry trzeba standardowo posolić i odstawić na ok 30 minut do lodówki. Kiedy puszczą wodę, zetrzeć sól papierowym ręcznikiem, lekko wysuszyć i kontynuować krojenie. W tym czasie reszta może się już pichcić. Po kolei.

W garnku, najlepiej płytkim a szerokim, podgrzewamy oliwę. Gdy jest gorąca, wrzucamy cebulę. Lekko ją solimy, żeby uniknąć spalenia. Chcemy ją tylko zeszklić (nie wiem, kto i kiedy to wymyślił, ale działa!). W pewnych odstępach czasowych (tak co ok. 5-10 minut) dorzucamy kolejne składniki: tymianek roztarty w dłoniach, paprykę, cukinię, bakłażan a na samym końcu pomidory. Po kolejnym kwadransie duszenia na wolnym ogniu, doprawiamy solą (ostrożnie! Bakłażan był słony i solona była cebula!) i pieprzem. Jeszcze tylko natka pietruszki. Pachnie wyśmienicie!!

Zwyczajne ratatouille dusi się nieco dłużej, ale to miało być na pizzę, więc nie chciałam go rozgotować.
Ciasto po wyjęciu z lodówki rozwijamy i rozkładamy na blaszce. Pieczemy w temp. 200 stopni w dwóch etapach: 3-4 minuty solo, tylko posmarowane z wierzchu oliwą a potem ok 5 minut z wyłożonym na wierzch farszem.

A czy wiesz, że polskie słowo „raciacia”, oznaczające nieład, albo misz-masz, pochodzi od słowa „ratatouille”? Czy to nie urocze?

Pyszny jest ten kulinarny misz-masz francusko-włoski.

Mmm…

Obiad w parku w gorące popołudnie - bezcenny!


piątek, 20 maja 2011

tajskie - rajskie!

Kto mi powie, że gotowanie jest czasochłonne, tego nazwę przesadzaczem i wymyślaczem. Ja to dzisiaj po raz kolejny obaliłam. Ale nawet mnie zaskoczyło, jak szybko zrobiłam to tajskie rajskie szamanie.

W jedzeniu o to, według mnie, chodzi: żeby gotować krótko, mieć mało zmywania a dużo radości z jedzenia.

To spełnia wszystkie warunki. Smakowało mi szalenie, więc polecam bez oporów.


Składniki (4 porcje)

* opakowanie ekspresowego makaronu "chińskiego" (opakowanie ma mniej więcej tyle makaronu, co 4 zupki chińskie)
* 2 cebule
* 1-2 ząbki czosnku
* 1 cukinia (ja użyłam 2, ale były naprawdę maleńkie, jak ogórki gruntowe)
* 2 łyżeczki zielonego curry (tylko tyle, bo pierońsko ostre!)
* kilka łyżek oleju/oliwy (ja użyłam oleju sezamowego)
* przyprawy: sól, imbir sproszkowany, skórka z 1 cytryny i trochę soku (limonka byłaby lepsza, ale nie mam).


A teraz: łatwo, szybko i przyjemnie zmierzamy do końca.Co robić?

Zagotować w czajniku wodę. W tym czasie pokroić cebule w duże pióra, czosnek w plasterki, cukinie w półkrążki. Rozgrzać olej na patelni. Zalać makaron i osolić wodę. Przykryć i odstawić na ok 10 minut. W tym czasie zeszklić cebulę, dodać cukinię i na końcu czosnek. Przyprawić solą i imbirem. Chwilę smażyć na szybkim ogniu. Kiedy makaron zmięknie, odcedzić, przełożyć na patelnię. Dodać zielone curry i wymieszać wszystko na patelni. Po krótkiej chwili przerzucać na talerze.

Wierzch potrawy posypać startą skórką cytrynową i skropić lekko sokiem

Tadaaaaaam!







czwartek, 19 maja 2011

black beluga - nie tylko dla drani

Czarna soczewica, tytułowa black beluga, smakuje nie tylko ludziom o czarnych sercach i czarnych charakterach. Zapewniam osobiście. Jest smaczna i zdrowa i na pewno błyskawicznie rosną od niej mięśnie, haha!

Bardzo łatwo przygotować dowolne danie z soczewicy, bo zazwyczaj oznacza to ugotowanie ziaren do miękkości i dobranie odpowiednich dodatków. W tym przypadku prymat objęły pomidory, w dwóch postaciach: surowe (trafiły mi się pyszne, bardzo słodkie!) i suszone (w oliwie). 

Obecność surowych pomidorów nadaje temu daniu lekkości, której pozbawiona jest sama "ciężka", acz pożywna soczewica i ochładza je. Całość pachnie tymiankiem, bazylią i... melonem (pół królestwa temu, kto wie, jak nazywa się to ziele o strzępiastych listkach widoczne na zdjęciu: roślina wieloletnia, intensywnie pachnie i smakuje melonem!!!). Efekt ostateczny to pożywne, ale lekkostrawne danie, doskonałe na późny obiad wiosenny - brak w nim rozgrzewających, ostrych przypraw, najlepiej z resztą smakuje letnie.


Składniki (4 porcje)

* 2 kubki czarnej soczewicy (suche ziarno)
* 1 duży dojrzały pomidor
* 2 średnie cebule
* suszone pomidory w oliwie (ok. 4 łyżki pokrojonych drobno pomidorów + nieco oliwy)
* zioła: tymianek (może być suszony, ok 1 łyżka), bazylia (lepiej świeża, kilka sporych liści) i to "melonowe" (co to? co to???)
* przyprawy: sól (1/2 łyżeczki)


Preparujemy!

Cebulę pokrojona w kostkę trzeba zeszklić na oliwie, lekko ja soląc, żeby cebula się nie spiekła, tylko zeszkliła. Cebulę dobrze w tym momencie oprószyć tymiankiem - będzie wybornie smakować! W tym czasie płuczemy soczewicę na sicie. Na gorącą oliwę z cebulą i tymiankiem wrzucamy ziarno i smażymy chwilę.

Dygresja: Chodzi o to, żeby soczewica nagrzała się do granic możliwości - kiedy po chwili dolejemy wodę, zaskwierczy, zaparuje i ugotuje się szybko aż do wnętrza, nie tracąc przy tym kształtu!! ( to sposób sprawdzający się przy wszystkich kaszach, ryżu itd.).

No, więc, kiedy soczewica się lekko podsmaży, dolewamy 2 kubki wody, solimy i czekamy aż ziarno wchłonie wodę. To trwa około 20 minut. Dla pewności można zacząć sprawdzać po 15 minutach. Jeśli wody będzie za mało, można dolać. Lepiej, żeby nie było jej zbyt wiele - chodzi o to, żeby nie wylewać tej wody spod soczewicy (ale jeśli okaże się, że po ugotowaniu jeszcze "pływa", to odcedzaj bez litości!)

Kiedy ugotowana soczewica lekko przestygnie, należy ją wymieszać pomidorami suszonymi, kilkoma łyżkami oliwy, w której pływały, z pokrojonym w kostkę pomidorem surowym i ziołami. Doprawić sola do smaku.

Delicious!




wtorek, 17 maja 2011

Wtorek - pomidorek. Bruschetta!

Ten post mógłby też nosić tytuł "pochwała prostoty", albo "śniadania wszech czasów", albo "buongiorno, prncipessa". Bruschetta to klasyk wśród włoskich przekąsek, świetnie nadaje się na śniadanie. Prosto, świeżo i bardzo aromatycznie. Taka lepsza odmiana kanapek z pomidorem.



Składniki: 
* pieczywo (najlepiej pszenne, ale każde inne też zda egzamin, a ja pszennego prawie nie uznaję. Miałam chleb żytni. Bardzo smaczny, kcyński, haha! )
* 1 duży pyszny pomidor
* 1 nie za duża cebula
* 1 ząbek czosnku
* kilka łyżek oliwy
* bazylia



Pieczywo, pokrojone w trójkąty trzeba podpiec chwile na suchej patelni. W tym czasie przygotowujemy pomidorową pyszność: kroimy pomidory w kosteczkę i, jeśli to konieczne, odsączamy nadmiar soku. Cebulkę kroimy drobno i mieszamy z pomidorami. 

Kiedy grzanki są dobrze podpieczone, nacieramy je przekrojonym na pół ząbkiem czosnku i pokrywamy pomidorami z cebulką. Teraz już tylko dwie czynności dzielą nas od konsumpcji: trzeba grzanki pokropić oliwą i posypać świeżymi ziołami (jak widzisz, u mnie jest bazylia i inne zioła, więc dodaj, jakie lubisz najbardziej).

Mangia con appetito!

sobota, 14 maja 2011

zakochaj się w ziołach - kalafiorowa z lubczykiem

Jakie bukiety lubicie dostawać? Ja najbardziej lubię bukiety ziołowe. Mama przysłała mi bukiet ziół prosto z ogrodu... Bazylia, szczypiorek, cząber, pietruszka, tymianek, koperek, jakieś dziwne, nieznane ziele o melonowym smaku (konia z rzędem temu, kto poda jego nazwę - o nim z resztą w innym poście) i... lubczyk. Właśnie, no... lubczyk!

Przecudna pogoda i wiosenna zieleń jest na etapie najbardziej wściekłej manifestacji zieloności własnej. Balkon znalazł się pod parasolem drzewa - ukryty przed spojrzeniami sąsiadów z domu naprzeciwko. Dodatkowo, pojawiły się kwiaty. Jest więc to najmilsze miejsce na obiad.

Z takim arsenałem ziołowym nie mogę nie zrobić pachnącej zielenią zupy. Kalafiorowej się nie odmawia. Lubczykowi się nie mówi "nie". W kalafiorowej z lubczykiem po prostu trzeba się zakochać.








Składniki:


* 1 kalafior
* 1 kalarepa
* 1 ziemniak
* 1 cebula
* oliwa
* zioła: gałązka lubczyku i inne (pietruszka, koperek, szczypiorek) - łącznie ok 4 łyżek posiekanej zieleniny!
* sól, pieprz.

Zwykła, prosta procedura:

Cebulkę kroi się w kostkę, kalarepkę i ziemniak w niezbyt grube paseczki (trochę przypominają pędy bambusa) i poddusza się je razem na oliwie. W tym czasie podzielonego na nieduże cząstki kalafiora gotujemy w sporym garnku, w osolonej wodzie. Następnie łączymy wszystko i gotujemy jeszcze przez chwilę, dopraiwając solą i pieprzem, z dodatkiem ziół. Przed podaniem można zabielić łyżeczką śmietanki kokosowej. 

Najlepiej smakuje na świeżym powietrzu.




---

wtorek, 29 marca 2011

Namaste! Słodko-gorzkie powitanie dziwnego gościa.

Te przedziwne bąblowate warzywa przywiózł Tiru-Riru z ostatniego pobytu w Paryżewie. W sklepie z orientalną żywnością wynalazł najdziwniej wyglądające warzywo i przywiózł mi jako kuchenną zagadkę. Lubię zagadki.

Otóż ten dziwoląg ma różne imiona. Polska nazwa jest raczej mało atrakcyjna... no, bo... przepękla ogórkowata - jak to brzmi? Bywa nazywany z francuska concombre amer (gorzki ogórek), melon amer (gorzki melon), albo courge amère (gorzka dynia). Jak widzicie określenie "gorzki" powtarza się za każdym razem. Nie bez powodu. Przed przyrządzeniem ten dziwny ogórek był jak dziegciowa smoła. Z czasem zgubił trochę goryczy, do końca zachowując jednak charakterystyczny smak.

Pan sprzedający w sklepie powiedział, że można zrobić z niego surówkę, doradzając dodanie tylko zielonego chilli i soku z cytryny. Tiru-Riru przywiózł też te hinduskie papryczki, pieronem ostre. Strach mnie obleciał na myśl o takich dawkach kwasu, goryczy i ognia. Pan był Hindusem, wiec może jemu takie połączenia nie groźne, ale myślę, że nasze żołądki by zastrajkowały. Podobno gorzki ogórek jest bardzo zdrowy, szczególnie dla diabetyków, bo reguluje wydzielanie insuliny w organizmie. I ma mnóstwo innych zalet, dla których warto po niego sięgnąć, jeśli kiedyś wam się zdarzy go widzieć na straganie w dzień targowy.





Kiedy zabrałam się za krojenie hinduskiego mutanta (najpierw wzdłuż a po usunięciu gąbczastego wnętrza w półkrążki), bardzo mi się spodobał. w przekroju wyglądał jak koła zębate, do których mam słabość (niedawno nawet kupiłam od zaprzyjaźnionej projektantki naszyjnik z motywem trybów przemysłowych). Więc dziwny ogórek wydał mi się urzekający na starcie. Po wypróbowaniu kawałka surowej łupiny, nie miałam wątpliwości, skąd określenie "gorzki" przy każdej nazwie. Smak był podobny do smaku papryki, tylko bardziej gorzki. A wręcz bardzo gorzki! Jak się tego pozbyć? Musi być sposób...

Przeczytałam gdzieś, że przed przygotowaniem trzeba go zalać na kilka minut wrzątkiem, a potem lodowatą osolona wodą, żeby stracił gorycz. I była to prawda, choć gorzki smak  jeszcze pozostał. Czyli na surówkę nie ujdzie.




Ale z czym przyrządzić tego dziwoląga?  Postanowiłam podążyć za instynktem smakowym, który, jak dotąd nie zawiódł nigdy. Podsmażyłam dziada na patelni z cebulą, pieczarkami i zielonym chili, po czym wszystko poddusiłam w naprędce zrobionym musie kokosowym. Całość doprawiłam przyprawami też hinduskimi i też dostanymi w prezencie: nasionami cebuli (o których już kiedyś pisałam) i suszonym imbirem, dokładnie razem zmiażdżonymi w moździerzu. Poza tym tylko sól.


Do tego placki z mąki ciecierzycowej i proszę bardzo!  Po przyrządzeniu gorzki smak się utrzymał, ale konkurował ze słodyczą cebuli i kokosa i ostrością chili. Iście hinduski zestaw. Całkiem ciekawe doświadczenie. Serio, serio.


 
Przepis (dla 2 osób)

- 2 gorzkie ogórki (Myślę, że warto ich spróbować, ale ze względu na podobny smak, można gorzkiego ogórka zastąpić zwykłą papryką w dowolnym kolorze. Najlepiej ciemnozieloną. I odchodzi problem pozbywania się goryczy, bo smak jest zdecydowanie bardziej swojski)
- 2 średnie cebule
- 200 g pieczarek
- 1 łyżeczka posiekanej świeżej chili
- przyprawy: sól, nasiona cebuli, imbir
- puszka mleka kokosowego (jak widać na zdjęciu powyżej, ja z braku mleka kokosowego pod ręką, użyłam szklanki wiórków zmielonych ze szklanką wody, ale mleko będzie lepsze!)


PLACKI:

- 2 szklanki wody
- szczypta sody
- 1 łyżka kartoflanki
- mąka z ciecierzycy (tyle, żeby uzyskać konsystencje gęstego ciasta naleśnikowego - ok. 1 szklanki)
- przyprawy: tandori massala, sól, pieprz
- kilka łyżek oliwy (dodając do ciasta, można smażyć na suchej patelni)

Smacznego, dobrej zabawy i brawo za odwagę!!



wtorek, 15 marca 2011

Undergroundowe gotowanie albo nędza na przednówku. Kwiaty w nowej roli.

Przedwiośnie nie rozpieszcza. Do niedawna wcale nie chciałam końca zimy, bo lodowisko było czynne a ja w tym roku opanowałam jako tako jazdę na łyżwach i radości nie było końca... do niedzieli. Skoro więc jedyny sens zimy się zdezaktualizował, niech już się zmieni pora roku. Tylko jak i kiedy? Niby coraz cieplej i słoneczniej (choć może nie dziś akurat, ale wczoraj było przepięknie, kiedy heroicznie zerwałam się po świcie do parku na biegi, w płonnej nadziei na znalezienie zastępstwa dla łyżwowych harców...), niby dni coraz dłuższe i astronomiczna wiosna prawie stuka w szyby, ale do wiosny gastronomicznej jeszcze bardzo bardzo daleko i na nowalijki jeszcze będzie trzeba długo czekać. Póki co bieda i dieta pradziadów, czyli wszystko to, co można latem wyciągnąć z ziemi i skitrać na długą zimę.I koronki po prababce ;-)

Specjalne podziękowania dla pomysłodawczyni prototypu zupy. Dwa dni temu była u mnie czarna owca apostołki  i razem uknułyśmy bardzo smaczną zupę cebulową. Jej już się nie da powtórzyć, tak jak tego miłego wieczoru, więc przedstawiam remake.

Undergroundowa to zupa, bo zrobiona głównie ze wszystkiego, co pod ziemią rosło: jak na zupę cebulową przystało, przede wszystkim z cebuli, której jest ok. pół kilo (czyli 4 duże cebule). Poza tym duża marchew, pietruszka, kawał selera. Do tego przyprawy: ziele angielskie, kmin, kolendra, sól, pieprz, natka pietruszki, cytryna i... kwiaty. Tak, tak - diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Jakiś czas temu nabyłam gotową mieszankę jadalnych kwiatów, a od Pawła dostałam sól kwiatową. Może w tym roku zrobię sobie własną mieszankę, a póki co gotowiec. Są tam chabry, róże, malwa, słonecznik i mięta. Ładnie pachną, jak na kwiaty przystało i wyglądają ciekawie w zupie, sałatce i na lodach.  Dobrze się komponują z warzywnymi aromatami. I są namiastką wiosennych kwiatów, na które też jeszcze przyjdzie długo czekać.

I do rzeczy. Generalnie, z tą zupą jest bardzo, bardzo prosto. Banał. Włoszczyznę pokrojoną w kawałki gotuje się w dużym garnku (3-3,5 l wody). Poza warzywami dorzuciłam 2 kulki ziela angielskiego, 1/2 łyżeczki ziaren kolendry, 1/2 łyżeczki kminu, sól, pieprz i 1/4 dobrze wyszorowanej cytryny ze skórką (jeszcze o tym nie pisałam, ale od jakiegoś czasu niemal do każdej zupy dodaję ćwiartkę, albo nawet połowę cytryny - bardzo ożywia smak i kolory! To hit który podpatrzyłam u Ewci). Jeśli kto woli mocniejszy smak, można się wesprzeć kostkami bulionu warzywnego, które nie są konieczne, ale ułatwiają sprawę.

W tym czasie cebulę pokrojoną byle jak, dość grubo (uwielbiam, kiedy Jamie Oliver mówi o czymś, że jest "coarsly chopped", chociaż w jego wykonaniu "coarsly" to coś zupełnie piękniejszego niż u mnie... ale nie o urodę cebuli mi tu idzie) trzeba zeszklić na oliwie na małym ogniu. Kiedy bulion się porządnie wygotuje, wita się z cebulą i całość jeszcze ok. 30 minut bulgoce pod przykryciem. Potem wyławia się cytrynę, miksuje się zupę na krem i dodaje posiekaną natkę pietruszki. 

Przed samym podaniem posypuje się zupę... kwiatami. (sypanie kwiatów nie bywało moim udziałem w dzieciństwie, a wraca w innej postaci teraz - o, ironio...). Świetnie smakuje z pszennymi grzankami, np z bagietki. W dużych kawałkach. Żeby pachniało ładnie i żeby wszędzie były okruchy. Wtedy nikt nie przegapi, że obiad się dzieje. Dzyń dzyń!!

Wiosna jest już trochę bliżej.








piątek, 28 stycznia 2011

Kolacja na serio, bo buraki są podobno poważne!



Na zdjęciu obok jest Ola. To było ze dwa lata temu, w poprzednim mieszkaniu, w kuchni, w której wszystko się zaczęło. Dawno i szczerze mówiąc wzrusza mnie trochę powracanie do tamtego czasu. Naprawdę wiele z tego, co się stało później, było wtedy zupełnie nie do pomyślenia. Nie to, że żal. Raczej poważny (!) namysł. A może bez filozofowania lepiej. Chociaż Tom Robbins nawet na temat buraków filozofuje:

Słowianie zawdzięczają urodę ziemniakom, wieczny niepokój rzodkwi, powagę burakom. Burak to najbardziej emocjonalne z warzyw. Trzeba co prawda przyznać, że rzodkiew jest bardziej rozgorączkowana, lecz płomień rzodkwi to zimny płomień, płomień niezadowolenia, nie zaś namiętności. Pomidory mają w sobie lubieżność, ale podszytą frywolną nutą. Buraki charakteryzuje śmiertelna powaga. Burak to melancholijne warzywo, cierpi najchętniej ze wszystkich. Nie da się wycisnąć krwi z rzepy. Burak był ulubionym warzywem Rasputina. Widać to w jego oczach. (T. Robbins, Perfumy w rytmie Jitterbuga). Cóż... no, ja nie wiem, czy sympatię do buraków widać też w moich oczach, ale jeśli tak, to w tym jednym przypominam Rasputina. Hehhe.




Przepis na kaszę z burakami zgapiłam w dużej części od mojej siostry, która z kolei wzięła go z jednej z książek Nigelli Lawson. Tam nazywało się to szumnie orzotto. Czyli jak risotto, tylko z kaszy. Ciekawe. Potrawa tak prosta, bazująca na pęczaku (matko! od dzieciństwa kojarzył mi się tylko z zanętą na ryby, które łowił mój tata, a to takie dobre!!!)... przynajmniej nad Wisłą powinna mieć jednak bardziej swojską nazwę. Jaką? Czekam na pomysły. 

A tymczasem przepis (porcja dla 2-3 osób):

* 2 cebule
* 250 g. kaszy jęczmiennej ("pęczak")
* 4 średnie buraki
* 600 ml bulionu warzywnego
* łyżka suszonego tymianku
* mały (winter size) pęczek pietruszki i koperku
* sól, pieprz
* oliwa
* 100 ml białego wina/wermutu
* mleko kokosowe (To opcjonalnie. Ja nie dodałam przez roztargnienie, ale na pewno byłoby jeszcze lepsze)

Jedyna trudność polega na tym, że buraki gotują się dość długo (ok 2h) i długo też stygną (a muszą wystygnąć, żeby się dały obrać i pokroić), więc lepiej je ugotować poprzedniego dnia, albo rano. Dobrze umyć i ugotować w osolonej wodzie, którą spokojnie można zostawić na zupę buraczkową. 

Mając ugotowane i ostudzone buraki, zabieram się do reszty - pójdzie już szybko. 

Cebulę pokrojoną w kostkę zeszkliłam na oliwie w dużym garnku. Trochę posoliłam - wtedy się podobno nie przypala. Tymianek roztarty w dłoniach pachnie jak cała włoska łąka - i to wpadło następne do garnka.  Dobry początek. Jeszcze chwilę razem się dusiło na małym ogniu. Kiedy tymianek zaczął pachnieć na pół domu, dolałam wino. Jakieś portugalskie. Pół kieliszka do garnka, pół do gardła - sprawiedliwy układ. Poczekałam, aż wino się zredukuje. Teraz czas na kaszę. Wcześniej wypłukana i odsączona też trafiła do garnka. Trochę soli, trochę pieprzu - ot, cała historia. Wciąż na niedużym ogniu, ale już pod przykryciem, poddusiłam to jeszcze kilka minut, raz po raz mieszając. Po ok 5 minutach, do kaszy dolałam wrzący bulion warzywny. Zabulgotało. Zamieszałam, przykryłam.

W tym czasie ciach- ciach: trzy buraki w kostkę (taką 1 cm), a jeden do malaksera i (najlepiej pewnie z kilkoma łyżkami mleka kokosowego) na papkę. 

Kiedy kasza była już prawie ugotowana (po ok 20 min.), dorzuciłam buraki. Teraz trzeba mieszać trochę częściej, bo w burakach sporo cukru, więc mogą się łatwo przypalić. Jeszcze tylko cudowna zielenina, czyli pietruszka i koperek i po chwili (ok 10 min., zależy czy kasza miękka) można nakładać. Jedyne, na co trzeba patrzeć, to jak kasza wchłania płyny. Jeśli słabo - odkryj garnek, zwiększ trochę płomień i mieszaj.

To jest naprawdę smaczne, naprawdę zdrowe i naprawdę solidne. 

No, i tak jak wspomniałam - czekam na propozycję nazwy. Bo przecież nie orzotto, ale też nie...kaszotto. 


wtorek, 11 stycznia 2011

samosie i gomasio

Samosie to nazwa, którą nadałam pieczonym warzywom. Dlatego, że same się robią. To chyba mój ulubiony typ potraw - leń ze mnie, wyznawca zasady, że często im prościej tym lepiej i że nie wszystko smaczne, nad czym stoisz godzinami. A gomasio występuje w roli drugoplanowej, chociaż - jak to z przyprawami bywa - jest mistrzem drugiego planu. Zobacz, jakie piękne warzywa...

  



Przygotowałam produkty: ziemniaki (2), marchew (2) , paprykę (1), cebulę (2 - byłoby fajniej, gdyby była jedna cebula biała, druga czerwona) - wszystkie raszej spore. Pokroiłam je w spore kawałki: ziemniaki plastry 1,5 cm, marchew w ukośne kawałki 1.5 cm, paprykę w dużą kostkę a cebulę w ósemki. Wszystko polałam oliwą, wymieszałam w misce z ziołami (oregano, estragon), gałką muszkatołową, solą i pieprzem, przełożyłam to prostokątnej foremki. Piekłam w temperaturze 175 st. ok. 50 minut, bez przykrycia, w międzyczasie ze dwa razy przemieszałam warzywa. Pod koniec posypałam natką pietruszki, a po wyjęciu doprawiłam gomasio - wczoraj robionym z resztą :)

Było to bardzo smaczne i gdyby podać z ryżem, mogłoby być dla 2 osób. Jedząc solo objadłam się po uszy, więc radość, chociaż samotne posiłki to raczej słaboza.

Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, ale z poczciwych pieczonych warzyw (choć innych) można też zrobić zupę, co wkrótce zamierzam.

Pozdro!

niedziela, 9 stycznia 2011

Kulebiak przy niedzieli

Robimy dziś z mamą kulebiaki, o. To takie wielkie pierogasy z drożdżowego ciasta. Tradycyjnie nadzienie jest z kapusty, grzybów i pokrojonego w kostkę jajka na twardo. Moje jest insze. Insze i dobre. Kulebiak do dobra rzecz w ogóle - w zasadzie sam farsz i trochę ciasta. Ciepłe, dobrze sycące i smaczne. Czy stawiasz jakieś inne wymogi styczniowemu obiadowi? Ja też nie, dlatego kulebiaka polubiłam, chociaż pierwszy raz w życiu ukleiłam takiego pieroga - mutanta - giganta. Obie, tzn i mama i ja debiutowałyśmy w tym względzie i obie równo kichałyśmy w obawie przed porachą. Raczej niesłusznie.


  



OK. Chcesz zrobić dwa kulebiaki, a każdy ok 30 cm, więc solidne z nich pierożki.

czwartek, 2 grudnia 2010

Olka - fasolka, heeeeej! Czyli flażoletki under cover, z dedykacją dla Polski Północnej!

Pisze Ola, że ma jakąś tonę ciecierzycy i co ja na to. Ja na to, że humus, że pasztet, że bucha, buch, buch, że para gorąca wprawiła go w ruch... Zaraz, zaraz... co? Ach, to zimno zakłóca działanie mych łącz koncentracji - tu prosi się czytelnika o wielki wybacz :-) Bzzzzt... Powrót do tematu. 

No więc, że tona ciecierzycy - to mówię, że w pomidorowym sosie. To w jakim, zapytasz. W dobrym i pikantnym, żeby grzał. Tylko, że ta tona ciecierzycy, to w Gdańsku Kowalach. A tu flażoletka, wczoraj ugotowana, odtrącona przez obecność chleba bezkonkurencyjnego... C'est la vie, flażoletko! Ale dziś za to wracasz do łask i do gara.

Taki sos można zrobić do fasolki, cieciorki, albo do makaronu, ryżu.
Z fasolką (a Ty, Ola, z cieciorką) robię go tak:

piątek, 12 listopada 2010

Ajwar Express

Jest to kolejna opcja całodobowo dostępnej, lepszej i ciekawszej
kanapki z różnościami na ciepło. A najlepsze jest to, że od wyjęcia
produktów do zatopienia zębów w kanapce dzieli Cię ok. 15 minut. 

*****
***
*
 

1, Przygotuj cebulę, marchew, seler, paprykę, cukinię, ajwar, zioła i tortillas * STOP * 
2. Posiekaj włoszczyznę, podsmaż, a inne warzywa pokrój i zostaw surowe * STOP * 
3. Podgrzej tortille, posmaruj ajwarem, rozłóż na nich warzywa, zioła i zawiń * STOP * 
4. Ajwar Express wjeżdża na stację Głodomory, podróżnym życzymy  SMACZNEGO !


środa, 22 września 2010

Leczo w czasach inwazji

"Aneczko! Takiej INWAZJI to jeszcześmy tu nie przeżyli..." - powiedziała Pani Janka, kiedy w czasie tegorocznych wakacji nad morzem wiało i lało jak nigdy dotąd. Dookoła deszcz i wiatr i naszą chatę składało w pół - w tę i z powrotem - jak chciało. W ruch poszły sznury, mocowania itd. Musieliśmy z Pawłem siedzieć przy ścianach i opierać się o nie, żeby całkiem nas nie zdmuchnęło. I tak cały dzień. Zimno. Więc lał się koniak, wiśniówka i aroniówka w niemałych ilościach (wszystko dla zdrowia), a mama w rytm piosenki turystycznej najspokojniej w świecie robiła leczo, czyli power-food dla walczących w żywiołem niestrudzonych wczasowiczów. 

Wtedy to było koszmarne, ale teraz... jesień nadchodzi, wiec czas na pocieszające wspominki.


No właśnie - dziś ostatni dzień lata, wakacje dawno minęły, szwędamy się się po Wildzie. Na Rynku Wildeckim warzywami miesiąca są dynia oraz inne, jej podobne wynalazki - cukinia i patison. O zupie dyniowej już było (chociaż warto wspomnieć, że zrobiliśmy z Pawem repetę w wieeeelkim garze), o patisonach będzie (gdyż planujemy wieczór filmowy z patisonem i Pattinsonem, a osobliwie z Sagą Zgniłych Jabłek). Cukinia, na dobra sprawę, także była juz bohaterką jednego z postów. 

Oh, trochę wstyd mi to wspominać, bo wtedy obrobiłam tej cukinii dupę i zrobiłam z niej zupę.... Oh, dosłownie, jeśli wspomnieć dupę z cukinii... Wtedy, jak pamiętają co wnikliwsi czytelnicy, lansowałam pogląd, jakoby rozmiar dla cukinii był znaczący i twierdziłam uparcie, że lepsza mała a twarda. Nie odżegnując się od wówczas ferowanej opinii, twierdzę jednak, że także duża i lekko rozlazła przyda się świetnie w czasach inwazji...a także w czasach pokoju (w kamienicy).

 
Głupio, bo nie dość, że grypa, to jeszcze ostatni dzień lata. Albo odwrotnie. Tak wyszło, że ostatnio pojawił się w lodówce nadmiar (a co najmniej obfitość) modnych warzyw z rynku. Dwa patisony i dwie wielkie cukinie. Zrobiliśmy leczo, takie jak mamowe nadmorskie, tylko, że rozgotowane i niedosolone :] - na zdjęciach widzicie prawzór, a więc wygląd pożądany.



Na koniec przydługiej tyrady, krótko o tem, jak to się robi: trzeba mieć mniej więcej tyle samo cebuli, czerwonej papryki, cukinii (może być duża), pomidorów i sporo natki pietruszanej. Wszystko razem podsmażyć i poddusić (tzn my z braku tak wielkiem patelni zawsze najpierw podsmażamy cebulę, paprykę i cukinię a potem przekładamy to do gara. Osobno dusimy pomidory z pietruchą i łaczymy wszystko w garku). Doprawia się tylko solą i pieprzem, ewentualnie imbirem. Żeby uniknąć rozgotowania (cukinia puści sporo wody), należy zrobic rzecz arcytrudną: w odpowiednim momencie zdjąć pokrywkę, zamiast gadać  w najlepsze o dupie Maryny. 

No, smacznego.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...