Pisze Ola, że ma jakąś tonę ciecierzycy i co ja na to. Ja na to, że humus, że pasztet, że bucha, buch, buch, że para gorąca wprawiła go w ruch... Zaraz, zaraz... co? Ach, to zimno zakłóca działanie mych łącz koncentracji - tu prosi się czytelnika o wielki wybacz :-) Bzzzzt... Powrót do tematu.
No więc, że tona ciecierzycy - to mówię, że w pomidorowym sosie. To w jakim, zapytasz. W dobrym i pikantnym, żeby grzał. Tylko, że ta tona ciecierzycy, to w Gdańsku Kowalach. A tu flażoletka, wczoraj ugotowana, odtrącona przez obecność chleba bezkonkurencyjnego... C'est la vie, flażoletko! Ale dziś za to wracasz do łask i do gara.
Taki sos można zrobić do fasolki, cieciorki, albo do makaronu, ryżu.
Z fasolką (a Ty, Ola, z cieciorką) robię go tak:
Ogniste, gorące penne prosto z patelni do wygłodzonego i wychłodzonego brzucha. Rumienią policzki i przywracają ruchomość lekko zdrętwiałym na spacerze palcom. Świetne na pierwsze przymrozki i na porządne mrozy, które dopiero nastąpią. A do tego... wskrzeszone jak tytułowy Feniks.
Bo na początek przyznam się, że makaron leżał ugotowany już jakiś czas i chociaż zachował świeżość, to zdążył wrócić do postaci, jaką miał przed ugotowaniem - czyli całkiem wysechł :] Więc ugotowałam go po raz drugi dla eksperymentu i, o dziwo, zadziałało bezbłędnie. Odrodził się bez ŻADNEGO uszczerbku dla smaku i konsystencji. Al dente forever, hahaha! No, ale to detal. Możesz przecież sobie ugotować świeży makaron. Będziesz go potrzebować nie aż tak dużo, bo poza nim jest tu sporo innych składników. Tak więc uszykuj (zakładam, że gotujesz dla dwóch osób, choć ja sprzątnęłam sama w kilku podejściach):
* makaron pióra (penne) - bo ja wiem? kilka garści... I ugotuj wcześniej, odcedź, odstaw.
* 1 cebulę białą, 1 cebulę czerwoną - pokrój w kostkę albo cienkie półkrążki
* 2-3 ząbki czosnku, pokrój w plasterki, bez ceregieli.
* 1 spory korzeń pietruszki - zetrzyj na tarce albo w malakserze.
* 1 paprykę czerwoną - pokrój w kostkę
* sos pomidorowy z kartonika -ok. pół kubka.
* przyprawy: w zasadzie dowolne.
/użyłam soli i - żeby ciekawość swoja czym prędzej zasycić - przypraw, które przyjechały do mnie z Londynu, co za sprawą Hindusów przyprawami stoi jak same Indie niemal. Tak więc, mamrocząc szybkie "salam namaste", wydobyłam szczyptę kruszonego chilli (ostrożnie z ilością!) i... nasion cebuli, czyli Kalonji (wow, brzmi dziwnie, co? też byłam ciekawa, bo w życiu o tym nie słyszałam. A smakuje świetnie, zwłaszcza po zgnieceniu w moździerzu:: lekko pikantne, bardzo aromatyczne!)
* Ale do rzeczy: Na oliwie zeszkliłam cebulę, dodałam paprykę, pietruszkę (to naprawdę obłędne warzywo, dobrze robi wszystkim potrawom!) i czosnek. Kiedy wszystko się poddusi, trzeba doprawić (tak, jak pisałam, możesz użyć dowolnych przypraw, bo domyślam się, że z nasionami cebuli może być krucho). Potem dorzuca się penne i dusi razem jeszcze chwilę tak, żeby makaron obtoczył się dokładnie w warzywach i przyprawach, przeszedł smakiem i aromatem tego, co się już upichciło. Ostatnia rzecz to dolanie sosu pomidorowego. Nie za dużo, żeby całość nie pływała. W razie potrzeby zwiększam ogień i odparowuję, aż na patelni zostanie ładna, gęsta mieszanka warzywna. Po wyłożeniu do misek posypałam rzeżuchą, ale i pietruszka się sprawdzi.
Tak na marginesie: powraca nam tu znowu motyw Feniksa jak bumerang, bo, jeśli mnie pamięć nie myli, starożytni twierdzili, że Feniks pochodził z kraju, który identyfikować można z Indiami i być może jego postać zainspirowana została mitycznym stworzeniem, towarzyszącym Wisznu i Hindu - orłem o złotych piórach, będącym symbolem słońca i życia . Może więc płomień hinduskich przypraw i ognista kuchnia tego regionu też zawdzięczają co nieco legendarnym piórom Żar-ptaka? I znowu zaczynam marzyć o podróży do Indii. Przyjdzie i na to czas.
To jest... krupnik to jest, najogólniej rzecz ujmując. Zupa zrobiona na wywarze z włoszczyzny, z dodatkiem kaszy i ziemniaków... oraz: czerwonej fasolki, papryki, chilli i pomidorów. Ha ha! Totalny Meksyk, kochani, a właściwie to meksyk. Częściowo rozdrobniona, sowicie doprawiona natką z pietruszki. Zrobiło się dziś już dosyć zimno i to chyba całkiem uzasadnione, że przez cały dzień myślę tylko o ciepłej zupce.
Plum, plum...w Poznaniu teraz pada deszcz, choć nie wiadomo skąd przyszedł. Trochę jak moja smutność dziwnie wesoła i wesołość dziwnie smutna. Plum czyli śliwka. Węgierka. W kompot. Ja jak śliwka w kompot - o, tak. Ale nie o tym tutaj będzie. Bezie za to o śliwkowym placku dziwnym, bo wegańskim. Pamiętasz, kiedy sto lat, albo pięć miesięcy temu, temu robiłam słynny apple crumble? No, to plum crumble jest bez masła w dodatku (a w zasadzie w niedoborze). I co? No, przyznam, że trzeba jeszcze nad tym popracować, bo zrobił się nawet nie zakalec, a pospolity surowiec. Śliwki za dużo soku wypuściły a kruszonka bez masła smakowała po prostu słabo. Albo coś wymyślę, albo krucho z kruszonką. Bez komentarza, bez zdjęcia.
Gościłam się wczoraj u Bubalskich z powodu remontu na Uminie. To niedaleko, a po drodze Rynek Wildecki. Dużo ładnych warzyw jest jeszcze. Bubalscy wrócą, to się zaskoczą bo będzie obiad i ciacho.
Dobre piekielnie i piekielnie ostre wyszło chilli con dynia, hehe. Cebulka, pomidory, dynia, czerwona i biała fasolka, dużo pietruszki, do tego cynamon, kurkuma, kardamon i gałka muszkatołowa (spokojnie możesz użyć garam masala według uznania własnego - tylko nie zapomnij o cynamonie). Tajemnym składnikiem jest...co? No, co? No śliwki węgierki!!
Zatem, śliwki i cynamon rządzą dzisiejszym wyszynkiem. Na mnie działają trochę jak płaszcz przeciwdeszczowy, co jest bardzo miłe.
A dzisiaj dwie Węgierki (bynajmniej, nie śliwki) rozmawiały w autobusie, siedząc na siedzeniu za moimi plecami. Rozmawiają, rozmawiają, ja rozumiem tylko "igem" i "nem". Nagle autobus staje w korku i jedna z nich wskazując palcem na sznur samochodów przed nami mówi stroskana "O, Matko Bószka Czesztohószka...", po czym wraca do swojej śliwkowej pogadanki z współpasażerką. Ciekawe...
Oj, dzisiejsze obiadowe warzywne risotto w ilości, która zadowoliłaby małą armię samurajów (czy samurajowie jadali risotto? Czy Bushido przewidywał zasady opychania się owastnym ryżem?)... to trzeba raczej przemilczeć. Tylko jak, skoro będzie z lodówki straszyć przez kilka kolejnych dni? Można spróbować odwrócić uwagę. A, że dziś uderzam w napoje, to na dobry wieczór (a właściwie noc roboczą), jeszcze jeden. Nie byle jaki. W sam raz na pokuszenie tytułowych atrakcyjnych refleksji.