środa, 15 lutego 2012

10 tysięcy

10 tysięcy kroków to norma ruchu, wyznaczona dla przeciętnie (ze wskazaniem, jednak, ku "mało") aktywnej osoby. 1... 2... 3... 4... i tak dalej. Czyli, innymi słowy, idę dalej. Krok za krokiem.

Powrócona z autobanicji, zdążyłam zmienić pracę, fryzurę, status podatkowy, poglądy na ważkie kwestie moralne oraz kilka innych spraw, o których nie tutaj. I teraz: praca - dom (a w nim praca) - instytut - lodowisko - sklep - dworzec PKS/PKP - z rzadka jakaś kawiarnia, restauracja, albo knajpa najpodlejszego sortu. 10 tysięcy kroków pyka nie wiadomo kiedy.

Tak samo, zresztą, jak mój cały czas. Nie wiadomo kiedy właściwie mija.

Przyznam, że panowanie nad jadłospisem i rozsądnym składem talerza przy pełnoetatowej pracy i całej reszcie punktów w harmonogramie wymagało początkowo trochę wysiłku, ale to możliwe i potrafi być bardzo satysfakcjonujące.

Mikrofalówka, czajnik elektryczny, kuchenka i lodówka w pracy oczywiście czynią całą sprawę niezwykle łatwą i moja poprzednia praca była pod tym względem bardzo sprzyjająca. Teraz, w odmiennych warunkach, przebywając z własnej woli w bismarckowskich murach (i w pokoju z przepięknym widokiem), doszłam już do wprawy w korzystaniu z jedynego obecnego tu sprzętu AGD, czyli ekspresu przelewowego do kawy. Kawa to chyba jedna z najrzadziej przyrządzanych w nim specjałów, hehe. Ale o tym może kiedy indziej.

Po tęgich mrozach przyszło lekkie ocieplenie, śnieg wali... a jak nawali to topnieje. A ja - tup, tup 10 tysięcy. Na całe szczęście, suchą nogą, bo niemal cudem udało się wypatrzeć i nabyć całkiem przyjemne dla nóg, oka i kieszeni buty, całkowicie nie skórzane. Nie lichy to plus w całej sytuacji, co nie zmienia faktu, że pragnienie jak najszybszego powitania wiosny nie opuszcza mnie już od pewnego czasu.

Nie może więc dziwić poniższy obrazek. Zielony, chrupiący szpinak, delikatny makaron ryżowy i bardzo ciekawa kombinacja duszonych warzyw. Brzmi, jak idealne rozwiązanie na zimowy późny obiad: nie zbyt ciężkie, a jednak sycące danie, niezwykle rozgrzewające za sprawą imbiru.









Czego potrzeba (na 2 porcje):


- pół paczki makaronu ryżowego (czyli połowa tego, co widać na zdjęciu powyżej)
- świeży szpinak
- 1 por
- 2 duże ząbki czosnku
- 1 mała bulwa kopru włoskiego (ja zużyłam połowę)
- 1 korzeń pietruszki
- 1 cukinia
- kawałek świeżego imbiru (ok 3 cm)
- pół cytryny
- oliwa lub olej (3-4 łyżki)
- sól

Jak to zrobić (jak zwykle prosto i szybko):

1. umyć i pokroić warzywa:
- szpinak pozostawić na ściereczce do osuszenia
- por w krążki
- czosnek posiekać
- koper w cienkie paski
- pietruszkę obrać i zestrugać cienkie paski obieraczką do warzyw.
- cukinię w półplasterki
- imbir zetrzeć na tarce

2. Stopniowo wrzucać warzywa na rozgrzaną oliwę/olej. Można w takiej kolejności, jak powyżej. Por trochę osolić, żeby się nie spalił.

3. Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu (gotuje się krótko) i odcedzić.

4. Poduszone warzywa skropić sokiem z cytryny, ewentualnie dosolić jeszcze ciut.

5. Na talerzu układac szpinak, na nim makaron a na końcu warzywa.

6. Jeść, czuć się wyśmienicie!!!

BON APETIT!

wtorek, 27 grudnia 2011

Piszą, piszą...

Zanim i ja napiszę - bo przecież tak bardzo tęsknisz za choćby kupką pikselików ode mnie - powiadamiam, że napisali o mnie. Nie tylko o mnie zresztą. Weganizm okiem laika. Chyba strawny :) KLIK!



A tutaj recenzja z zaprzyjaźnonego "Majonez vs Hummus" (ciągle trwam przy opcji "hummus rulez"):

KLIK!


piątek, 11 listopada 2011

Z ziemi włoskiej do Polski - TROTTOLE!


W ramach świątecznych czynności, obiad z ziemi włoskiej to Polski - trottole (czyli bączki) - kolorowy makaron z sosem pomidorowym, z szalotką, czosnkiem i pietruszką.

Bardzo świątecznie.

wtorek, 25 października 2011

Nagła interwencja Anioła

Gospodarz domu przy ulicy Alternatywy 4 doznał wzburzenia na widok kompozycji kolorystycznej, jaka powstała w efekcie dezynwoltury, braku społecznej odpowiedzialności i nieobywatelskiej postawy jednej z lokatorek.

Takoż, ja sobie pofantazjowałam i wymieszałam trzy kolory soczewicy w zapiekance. A do tego inne warzywa. Efekt wywołał pewną konsternację. Początkowo nie było w niej groszku, który dodałam w nadziei na polepszenie walorów wizualnych... Na próżno. No, bo jak to teraz wygląda??? No...? Ale, czy ktoś się czepia koloru mielonych, albo wątróbki, albo kaszanki, albo zrazów? Nie często. Więc nie ma co za dużo wymyślać.

Jak się wymiesza czerwony, czarny  i zielony, to musi wyjść brązowy. To rudymenta wiedzy o kolorach!


Jeśli kogoś jednak widok nie zniechęca, to dodam, że w smaku było naprawdę, naprawdę wielce okej! Jadłam to na ciepło, potem jeszcze na zimno, a potem na kanapkach.


Składniki:


- 1 kubek soczewicy czerwonej
- 1 kubek soczewicy czarnej (black beluga)
- 1 kubek soczewicy zielonej
- 1 spora cebula
- 2 marchewki
- 1 pietruszka
- groszek konserwowy


Preparacja w skrócie:

Cebulę kroję w kostkę, marchew i pietruszkę ścieram na tarce.  Wszystko razem podsmażam chwilę na gorącej oliwie, z dodatkiem soli i pieprzu. Po kilku minutach zalewam całość 3 kubkami wody (potem dolewam więcej, zależy jak soczewica wchłania wodę, chodzi o to, żeby się nie przypalała, a żeby na końcu nie odlewać wcale wody). Gotuję niemal do miękkości, po czym zakrywam garnek i odstawiam na kwadrans.

I to już. Nie należy oceniać tego po wyglądzie!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...