środa, 14 kwietnia 2010

co łączy Kopciuszka i Wenus w futrze?

...kiedy byłam małą dziewczynką, soczewica kojarzyła mi się tylko z przykrą i niewdzięczną pracą zadaną Kopciuszkowi przez okrutne siostry. Widziałam oczami wyobraźni, jak pogardzana przez dwie brzydule Cinderella oddziela groch od soczewicy...a potem ziarnka piasku od maku. I naprawdę długo nie mogłam myśleć o soczewicy inaczej niż tylko w kategoriach narzędzia męki (co z resztą także się tyczy grochu - bynajmniej nie konserwowego - i klęczenia na nim, opisywanego w "Małej Księżniczce"!!!). Pomijając fakt, że tortury jedzeniem trącą zboczeniem, sprzyjają jadłowstrętowi wobec niektórych potraw u co bardziej wrażliwych i współczujących dzieci, są też zwykłym marnotrawstwem! A co do tortur - są sposoby znacznie ciekawsze, choćby oferowane przez pomysłowych zarobię-na-wszystkim-ludzi, takie, o których się nie śniło filozofom. O jednym z nich - poniżej.


Dostałam w prezencie obręcz, najeżoną wewnątrz dziwnymi wyrostkami. Brrr... To "S-M hula-hop" ma robić coś super z sylwetką a na razie wyglądam jak ofiara brutalnego pobicia, samookaleczenia albo półpaśca. W każdym razie, o torturach i soczewicy dumając, umyśliłam zupę. Właściwie, sama się ugotowała, kiedy czytałam, nomen-omen, "Wenus w Futrze" Leopolda von Sacher-Masocha (zastanawialiście się nad pochodzeniem słowa "masochizm"? Otóż to!)

W dużym skrócie rzecz ujmując, postanowiłam raz na zawsze odczarować soczewicę i zrobić z niej coś smacznego. A Co? A zupę. Fajną, smaczną i już składnikami wiosenną, ale, dzięki przyprawom, jeszcze całkiem rozgrzewającą. Na późniejszy powrót do domu rowerem po długich, podwójnych zajęciach, na planowaną długą noc pracy co się uzbierała i na regenerację tkanki łącznej po zamaszystym hulaniu z tym kołem zębatym (zaczynam rozważać zastrzeżenie treści bloga dla +18...)


Zupa "Masocha Kopciuszka"
- bulion warzywny (może być kostkowy) - ok. 3-3,5 l.
- 2 duże marchewki
- 2 średnie cebule
- 3-4 pomidory
- mały kawałek surowego imbiru (ok 4 cm korzenia)
- 1 papryka czerwona
- 1 filiżanka czerwonej soczewicy
- sól
- pieprz
- chili (trochę suszonej papryczki, ale sproszkowane ujdzie)
- gałka muszkatołowa
- cynamon
- opcjonalnie nasiona lnu i otręby (garść)
- natka pietruszki (!!!!)
- ewentualnie (jak ktoś pragnie czerwieńszej barwy) koncentrat pomidorowy


Bulion warzywny ugotowałam, dodając marchew pokrojoną w krążki albo półkrążki. W tym czasie zeszkliłam cebulę pokrojoną w kostkę i dodałam do niej pomidory. Posoliłam, popieprzyłam i pochiliłam (bynajmniej, nie "się") i kiedy się nieco poddusiło (jednak, zaznaczę obecność treści kontrowersyjnych), wrzuciłam do bulionu. Kolejny krok jest podobny i polega na podsmażeniu cieniuteńkich plasterków imbiru i pokostkowanej papryki (ja miałam tylko czerwoną, ale kolorowa wyglądałaby oszałamiająco!). Po dorzuceniu do wspólnego gara także i tych składników, pozostaje tylko dodać soczewicę, co się stała prowodyrem całej tej przygody. Dorzucam też garść nasion lnu i otrąb, bo wtedy zupa jest zdrowsza i moim zdaniem smaczniejsza. Doprawiam gałką muszkatołową, cynamonem, solę i pieprzę jeszcze trochę i gotuję ok. 20 minut, aż soczewica zmięknie. Do gotowej zupy dodaję całkiem sporo zielonej pietruszki. A można też dokolorować koncentratem pomidorowym (hura, że już niedługo pomidory będą piękne, czerwone, wybarwione na słonku i będzie to całkiem zbędne!!!!).

Ten pikantny przedmiot pożądania w pełnej okazałości prezentować się może tak (ale to nic pewnego):

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...